Co ma koronka do wiatraka?

MUZEUM NARODOWE W POZNANIU

„Co ma koronka do wiatraka?” to wystawa poświęcona życiu, kulturze i sztuce w Niderlandach w czasach nowożytnych, stworzona przez grupę nauczycielek poznańskich szkół i Dział Edukacji. Nauczycielki wcieliły się w rolę kuratorek (chociaż oficjalnie nie posługiwano się tą nazwą). Ich zadaniem było dokonanie wyboru obiektów na wystawę z puli obiektów niderlandzkich z kolekcji Muzeum Narodowego w Poznaniu wyselekcjonowanej przez muzealników, przygotowanie koncepcji wystawy oraz materiałów dydaktycznych w postaci kart pracy zatytułowanych „Nie musisz nic – możesz wszystko….”, które miały być narzędziem dla nauczycieli do wykorzystania w procesie nauczania. Był to eksperyment, w którym nauczyciele zostali poproszeni nie tyle o zabranie głosu, co o zaprojektowanie wystawy w taki sposób, aby była atrakcyjna dla uczniów i aby można było na jej bazie realizować szkolny program kształcenia – co przewrotne – nie uwzględniający kultury Niderlandów.

Punktem wyjścia dla tego projektu był program edukacyjny dla nauczycieli „Ze sztuką przez wieki” realizowany od 2006 r. przez Dział Edukacji Muzealnej Muzeum Narodowego w Poznaniu we współpracy z Ośrodkiem Doskonalenia Nauczycieli w Poznaniu

W 2013 r. projekt został uhonorowany I nagrodą w Kategorii Edukacja w konkursie Sybilla.

Co ma koronka do wiatraka? Fot. Marcin Szeląg

Z Marcinem Szelągiem, pomysłodawcą, autorem aranżacji i koordynatorem projektu, kierującym w czasie jego trwania Działem Edukacji, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Projekt „Co ma koronka do wiatraka?” to wczesne sięgnięcie po filozofię Niny Simon w polskim muzeum. Jak do tego doszło?

Wynikało to z moich zainteresowań muzealnictwem i samą partycypacją, przy czym Nina Simon pojawiła się równolegle, nie była źródłem inspiracji. O takim projekcie wraz z Zespołem Działu Edukacji myślałem od strony praktycznej. Mieliśmy bowiem pewien niedosyt związany z realizacją programu dla nauczycieli „Ze sztuką przez wieki”, który od kilku lat prowadzony był przez Dział. Chcieliśmy, aby przestrzeń muzeum stawała się w większym stopniu inkluzywna i atrakcyjniejsza jako miejsce do samodzielnego wykorzystania przez nauczycieli w ich pracy pedagogicznej. Program, jak wspomniałem, był realizowany od kilku lat, świetnie się sprawdzał, nauczycielki i nauczyciele chętnie w nim brali udział. Wyposażaliśmy ich w kompetencje – tak nam się przynajmniej wydawało – do wykorzystania muzeum i jego oddziałów do samodzielnego prowadzenia lekcji muzealnych. Okazało się jednak, po kilku latach realizacji, że komponent „samodzielności” nie działał. Nauczycielki i nauczyciele zapisywali się na kolejne cykle programu, my go coraz bardziej rozbudowywaliśmy, ale prawie nikt z nich potem nie chciał przychodzić do muzeum żeby poprowadzić samodzielnie lekcję. W ciągu pięciu lat na palcach jednej ręki można było policzyć przypadki, w których to się udało. Były zachęty w postaci darmowego wstępu (wtedy jeszcze nie było programu „muzeum za złotówkę”) i wydawało się, że to razem z uczestnictwem w programie, powinno działać. Nie działało. Potwierdziły się ustalenia, które na gruncie studiów muzealnych były znane już od dawna (Pierre Bourdieu, Nelson Goodman, Vera L. Zolberg, Eileen Hooper-Greenhill), że problem leży w tym, że dyskurs w muzeum jest na tyle hermetyczny, iż skutecznie blokuje próby samodzielnego zmierzenia się z nim osób, które nie „są” w tym dyskursie. W przestrzeni tej nauczyciele nie czuli się na tyle swobodnie, żeby wykorzystać ją jako przestrzeń do pracy z uczniami i uczennicami bez udziału edukatora muzealnego. Wniosek nasuwał się sam.  Powinni mieć możliwość stworzenia samodzielnie wystawy, która odpowiadałaby ich wyobrażeniom o tym, jak mogłaby wyglądać idealna przestrzeń ekspozycji, gdzie mogliby czuć się swobodnie ze swoimi uczniami. Szukałem sposobności, żeby coś takiego zrealizować w muzeum, ale długo nie było ku temu okazji. Zbieg okoliczności spowodował, że udało się to zrobić.

Czy wcześniej metoda pracy partycypacyjnej w Muzeum Narodowym w Poznaniu była stosowana, czy to był pierwszy raz?

Według mojej wiedzy to był pierwszy raz.

Czy musiałeś przewalczyć zgodę na taką formułę pracy, czy była wola dla eksperymentu?

Nie musiałem. Była wola, ale nie do eksperymentu. Wynikała ze wspomnianego zbiegu okoliczności. Zakład Studiów Niderlandzkich i Południowoafrykańskich Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu zaproponował dyrekcji muzeum włączenie się do organizacji wydarzeń poświęconych kulturze Niderlandów. Muzeum zgłosiło przygotowanie wystawy. Zaproponowałem, żeby zrealizował ją Dział Edukacji. Warto podkreślić, że Dział Edukacji wcześniej nie tworzył praktycznie wystaw. Chodziło więc i o to, żeby zerwać ze stereotypowym traktowaniem Działu Edukacji w tym muzeum i myśleniu o nim wyłącznie w kategoriach usługowych wobec działów i osób, które realizują ekspozycje muzealne. Edukatorzy są w nie mniejszym stopniu niż kuratorzy zbiorów w stanie tworzyć wystawy. Jednocześnie zależało nam w Dziale Edukacji na tym, żeby to była wystawa przygotowana wspólnie z publicznością. Początkowo nie myśleliśmy konkretnie o nauczycielach. Nauczyciele byli ważni, bo jak mówiłem, odczuwaliśmy niedosyt związany z projektem, który od lat realizowaliśmy. Poza tym była to sprawdzona publiczność, co do której byliśmy pewni, że uda się z nią zrealizować tak duże i skomplikowane przedsięwzięcie muzealne.  Z perspektywy całego muzeum projekt ten był traktowany jak każda typowa wystawa. Dział Edukacji przejął na siebie rolę pośrednika między publicznością a strukturami wewnętrznymi placówki. Wszystko szło sprawnie. Znalazł się niemały budżet.

Jak zareagowali nauczyciele, którym zaproponowałeś współpracę?

Zgłosiliśmy się do osób, które znaliśmy i byliśmy przekonani, że zareagują dobrze na propozycję udziału w projekcie. Nieocenioną pomoc okazała nam w tym przypadku Olga Gałuszek z Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli w Poznaniu, z którą blisko współpracowaliśmy realizując „Ze sztuką przez wieki”. Wytypowała nauczycielki, które zgodziły się na udział w projekcie. Miały świadomość, że to jest wyzwanie. Obawy wiązały się z tym, że należało zmierzyć się z dużym przedsięwzięciem w dużej instytucji, wobec wielkich oczekiwań, w krótkim czasie, kiedy jeszcze nic nie było przygotowane – ani scenariusz, ani projekt aranżacji, ani nawet tytuł, tylko ogólna idea – pokazać zbiory muzeum, które są związane z Niderlandami. Projekt miał towarzyszyć Dniom Kultury Niderlandzkiej, które miały odbyć się za kilka miesięcy. Muszę też dodać, że na początku nie mogliśmy zagwarantować, że te osoby otrzymają wynagrodzenie. Ostatecznie wynagrodzenie się pojawiło, ale w momencie, zaproszenia liczyliśmy, że całkowicie poświęcą swój wolny czas, po godzinach pracy w szkole.

Czy w momencie, kiedy nauczycielki były angażowane, wiedziały, ile czasu będą musiały na ten projekt poświęcić? Czy miałeś rozpisane ile razy w tygodniu spotkania będą się odbywały, po ile godzin, jakiego typu – w grupach czy indywidualnie?

Był tylko horyzont końcowy w postaci terminu otwarcia wystawy. Zaczęliśmy rozmawiać z nimi w październiku [2012], wystawa została otworzona w maju [2013]. Początkowo ustalony został tylko harmonogram spotkań z opiekunami i opiekunkami zbiorów. Wyzwaniem było jak w sposób w miarę krótki i efektywny zaprezentować nauczycielkom, jakimi zasobami muzeum dysponuje. Muzeum Narodowe w Poznaniu nie ma strony internetowej, na której dostępne są zbiory, które można przeglądać na przykład wg haseł. Pracownicy z większości działów muzeum musieli więc wykonać kwerendy specjalnie dla tego projektu. Zależało nam na wystawie interdyscyplinarnej, na pokazaniu bogactwa zbiorów muzeum – obrazy, plakaty, sztukę użytkową, militaria, varia. Harmonogram spotkań uwzględniał przynajmniej jedno spotkanie opiekunów i opiekunek poszczególnych zbiorów z nauczycielkami w celu syntetycznej prezentacji zbiorów pod kątem kultury niderlandzkiej. Potem spotykaliśmy się na spotkaniach koordynacyjnych, na których omawiano stan zaawansowania prac nad projektem. Spotkania wyznaczały kamienie milowe projektu. Większość pracy wykonana była więc przez nauczycielki poza muzeum.

Co ma koronka do wiatraka? Fot. Marcin Szeląg

Czy formalnie nauczycielki były kuratorkami wystawy?

Tak, chociaż nie miały takiej nominacji. Zakres ich odpowiedzialności pokrywał się z tym, co zazwyczaj robi kurator/kuratorka, chociaż musiały opierać się na wyborze przedstawionym przez muzealnych opiekunów zbiorów. Faktem jest, że był to szeroki wybór. Nauczycielki wybierały z tego wyboru. Ostateczne decyzje zapadały podczas spotkań – kamieni milowych projektu – o których wspomniałem. Były one moderowane przez pracowników Działu Edukacji, którzy pełnili rolę konsultantów. Wskazywaliśmy jak te wybory i pomysły można przełożyć na język wystawy. Tak więc, nauczycielki były odpowiedzialne za to, jakie obiekty miały się pojawić na ekspozycji, za tematyczny podział wystawy oraz ogólną koncepcję ich prezentacji. Kiedy podczas spotkań pojawiał się konsensus dotyczący jakiegoś tematu czy wyboru, był on zapisywany i szliśmy dalej. Po ustaleniu co ma spajać te tematy i obiekty w sensie ekspozycyjnym pozostało wszystko przełożyć na język aranżacji wystawy. To już była moja działka. Polegała na przygotowaniu projektu aranżacji, ale również na stworzeniu rysunków wykonawczych, skonsultowaniu ich z Działem Organizacji Wystaw i przede wszystkim na skosztorysowaniu całości. Tymi „technikaliami” nie zajmowały się kuratorki. To było zadanie moje i Działu Edukacji.

Mówię o tych szczegółach, żeby też rzucić światło, dlaczego nie powstał scenariusz wystawy, rozumiany jako tekst prezentujący założenia merytoryczne i uzupełniony listą eksponowanych prac. Cały proces tworzenia wystawy opierał się na burzy mózgów, która generowała pomysły uzupełniane listą obiektów na wystawę. Dopiero potem powstały podpisy, które konstruowały narrację wystawy i wpisane zostały w jej aranżację. Jeszcze inaczej próbując ten proces wyjaśnić, można powiedzieć, że nauczycielki tworzyły coś, co byśmy nazwali planem interpretacyjnym – po nakreśleniu grupy docelowej, pracowały nad zapewnieniem szkieletu łączącego poszczególne sekcje wystawy, określały jaki rodzaj doświadczenia mają one dostarczać, wskazywały na rodzaje mediów, które będą nośnikami informacji.

Pomysł, aby oprzeć wystawę na kulturze mieszczańskiej, wyszedł całkowicie od nich. Materiał, jaki otrzymały od kuratorów, charakter zbiorów, generalnie prowadził do takiego wniosku, ale one umocniły się w przekonaniu, że to ma być rdzeń ekspozycji. Stąd pomysł na kamienicę, kulturę mieszczańską, podział na sferę kobiecą, która pokazuje wnętrze domu mieszkalnego i elementy kultury materialnej związanej z kobiecym spojrzeniem, a na zewnątrz domu aspekty publicznego wymiaru kultury Niderlandów, gdzie większą rolę odgrywali mężczyźni.

Co ma koronka do wiatraka? Fot. Marcin Szeląg

Ile mniej więcej czasu finalnie praca nauczycielek nad tym projektem trwała, od momentu zaangażowania do projektu do czasu, kiedy wszystko było ustalone i przejąłeś pracę nad aranżacją?

Tutaj nie było podziału, pracowały do samego końca. Kiedy trwał montaż wystawy, przygotowywały podręcznik metodyczny. Cały czas też były proszone o to, aby coś doniosły czy zorganizowały jeśli chodzi o elementy aranżacji. Od strony koncepcyjnej były obecne do otwarcia wystawy. A potem w trakcie trwania wystawy były konsultantkami, spotykały się z publicznością jako kuratorki. Licząc wszystko razem wychodzi 10 miesięcy: od października 2012 do lipca 2013.  

Jak Ci się wydaje, co dla nich było główną motywacją do wejścia w ten projekt? Czy to była chęć stworzenia wystawy, którą nauczycielom będzie łatwiej prezentować swoim uczniom, czy to bardziej kwestia sprawdzenia się w nowej roli i poznanie kulis działania muzeum?

Z ewaluacji zrobionej na zakończenie projektu wynikało, że przygoda, możliwość zrobienia czegoś nietypowego. Myślę, że nie bez znaczenia była możliwość zmierzenia się z wyzwaniem, które było bardzo prestiżowe i odpowiedzialne. Ale także fakt, że zostały docenione i potraktowane poważnie. Podkreślaliśmy również, iż ideą tego projektu jest to, żeby zrobiły wystawę, która będzie wartościowa dla innych nauczycieli, dla ich kolegów i koleżanek, że mogą zrealizować coś, co ich zdaniem będzie dobre dla ich uczniów.

Z jakim przyjęciem wystawa się spotkała?

Z bardzo dobrym. Po otwarciu zależało nam na tym, żeby faktycznie została wykorzystana przez nauczycieli w sposób jaki planowaliśmy: czyli jako zasób dla samodzielnie prowadzonych przez nauczycieli zajęć edukacyjnych w muzeum. Powstał też przewodnik metodyczny po wystawie przygotowany przez kuratorki.  Rozpisały w nim od strony metodycznej ekspozycję wskazując na jej potencjał i przygotowując odpowiednio treści i zadania edukacyjne do nich. W rezultacie 1/3 wszystkich lekcji i warsztatów na wystawie to zajęcia przeprowadzone samodzielnie przez nauczycieli, którzy przyszli na wystawę z uczniami

Czy na tą popularność wśród nauczycieli wpływ miał temat, na który był popyt, czy fakt, że jest to inna propozycja muzeum współtworzona przez nauczycieli?

To drugie. Kiedy na początku nauczycielki dowiedziały się jaki jest zakres tematyczny projektu, stwierdziły, że w podstawie programowej szkoły nie ma Niderlandów. Niemniej znając podstawę uznały, iż treści w niej ujęte można odnieść do problematyki związanej z kulturą Niderlandów – np. zagadnienie nałogów powiązać z popularyzacją w Europie tytoniu przez Holendrów oraz sekcją „karczma” i czasu wolnego. Ciekawe było to nieszablonowe odczytywanie podstawy programowej. Dlatego fakt, że nauczyciele przygotowali wystawę, był ważniejszy niż jej temat.

Co ma koronka do wiatraka? Fot. Marcin Szeląg

Jak do takiego pomysłu tworzenia wystawy podeszli kuratorzy muzealni? Czy obawiali się tego, co wyjdzie i uważali, że jest niepotrzebne, czy przeciwnie – że jest to świetna forma sprawdzenia, jakiego typu opowieść chciałaby poznać publiczność?

Nie dostrzegałem ani szczególnego oporu, ani też specjalnego entuzjazmu wobec tego projektu. W tak dużej instytucji pojawiają się zazwyczaj różne opinie. Najbardziej sceptyczny był dyrektor muzeum i jego zastępca do spraw naukowych. Później, kiedy okazało się, że za projekt Muzeum Narodowe w Poznaniu otrzymało Sybillę w kategorii przedsięwzięcia edukacyjne, ówczesny dyrektor i jego zastępca dyskredytowali projekt i go nie zauważali. Natomiast ta część zespołu Muzeum Narodowego w Poznaniu, z którym realizowałem projekt podeszła do niego standardowo. Swoje zadania realizowali bez zarzutów, tam, gdzie trzeba było, zaangażowali się. Wydaje mi się, że potraktowali to też jako odmianę. Nie powiedziałbym, że deklarowali, że to jest dobry kierunek, ale na pewno była to jakaś zmiana, która jest odskocznią od rutyny. Cały ciężar projektu i odpowiedzialność za jego powodzenie spadał i tak na Dział Edukacji.

Co ten projekt dał muzeum? Czy muzeum wyciągnęło z tego projektu lekcję do swoich kolejnych projektów?

Późniejsze doświadczenia pokazały, że nic. W każdym razie nic dobrego dla Działu Edukacji, a dla mnie osobiście w szczególności.

Co ma koronka do wiatraka? Fot. Marcin Szeląg

A czy masz wrażenie, że ta wystawa zapoczątkowała wysyp różnych partycypacyjnych projektów w innych muzeach?

Nie mam takiego wrażenia. Faktem jest, że toczyło się na jej temat stosunkowo dużo dyskusji, jednak na gruncie edukacyjnym, a nie muzealnym. Od początku był nazywany projektem edukacyjnym, a taka etykieta mówiąc delikatnie nie pomaga. Dyrekcja muzeum też „robiła” wiele, aby o tym projekcie nie mówić. Ale z kolei metodyczka z Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli w Poznaniu, która była wspomnianą pośredniczka pomiędzy muzeum a nauczycielkami, napisała pracę dyplomową u prof. Piotra Piotrowskiego poświęconą projektowi.

17 kwietnia 2020

Co ma koronka do wiatraka? Fot. Marcin Szeląg

Materiały dydaktyczne „Nie musisz nic – możesz wszystko….” do pobrania: