Gdynia – dzieło otwarte

MUZEUM MIASTA GDYNI

Na początku 2015 r. Muzeum Miasta Gdyni rozpoczęło intensywne prace nad nową wystawą stałą prezentującą dzieje miasta i jego mieszkańców. Na realizację projektu, od scenariusza do gotowej sali wystawowej, były zaledwie dwa lata, co było uzależnione od finansowania w ramach grantu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od samego początku projekt zakładał współudział w budowaniu tej wystawy mieszkańców miasta, jednak z uwagi na dyscyplinę czasową proces ten nie mógł mieć nadmiernie szerokiego charakteru (chociaż w akcji społecznej „Dodaj historię” każdy mógł wziąć udział). Częścią narracji wielkiej historii są losy zwykłych mieszkańców, które w trakcie przygotowań były tropione z iście detektywistycznym zacięciem. Ważny głos w jej powstawaniu mieli pracownicy muzeum, ci nie związani na co dzień z kolekcją i przygotowywaniem wystaw, oraz artyści.

Muzeum Miasta Gdyni, wystawa stała. Fot. Bogna Kociumbas

Z Agatą Abramowicz, kuratorką nowej wystawy stałej i byłą zastępczynią dyrektora, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Pracowała Pani nad powstaniem wystawy stałej o losach Gdyni i gdynian. Jakie pomysły na sposób tworzenia tej wystawy były brane pod uwagę? Interesuje mnie tutaj w szczególności wątek społeczny współpracy z publicznością, zatem jakie scenariusze współpracy były dyskutowane?

Pracowałam wtedy w Muzeum Miasta Gdyni w dziale projektów z kolegą Andrzejem Hoją, który teraz pracuje w Muzeum Gdańska. Rozpoczęliśmy nasze myślenie od tego, że fajnie by było zrobić nową wystawę, bo poprzednia ekspozycja funkcjonująca już wiele lat była w naszej opinii przestarzała. Napisaliśmy w związku z tym wniosek do ministerstwa do programu „Wspieranie działań muzealnych”. Zarysowaliśmy w nim ramy, w jakich chcielibyśmy pracować oraz zaznaczyliśmy podejście metodologiczne, które chcieliśmy zastosować. Dość spontanicznie, w porozumieniu z dyrekcją, podjęliśmy decyzję o napisaniu wniosku, więc ten etap nie był konsultowany. Ponieważ oboje jesteśmy historykami, ja do tego jestem historykiem sztuki, i oboje mieliśmy już doświadczenie w tworzeniu wystaw narracyjnych, podjęliśmy decyzję o przyjęciu pewnych wytycznych. Były to, po pierwsze, narracja oddolna, która już w pewnym sensie ustawiała tą wystawę jako efekt współpracy z publicznością, po drugie, narracja polifoniczna, która także zakładała czerpanie z szerokiego źródła, jakim są mieszkańcy miasta, i po trzecie, zmienny moduł wystawy.

Muzeum Miasta Gdyni, wystawa stała.

Wniosek otrzymał dofinansowanie w ramach wniosku dwuletniego i stanęliśmy przed faktem, że trzeba się szybko wziąć do pracy. Niecałe dwa lata do otwarcia wystawy nie dawały nam możliwości rozpisania długofalowych projektów społecznych. Nie mieliśmy czasu, ale jednocześnie zależało nam na wypełnieniu założeń. Przy pierwszej fazie pracy nad wystawą zaprosiliśmy do pomocy dyrektora Antoniego Bartosza z Muzeum Etnograficznego w Krakowie. On miał doświadczenie w takich działaniach, stąd uznaliśmy, że dobrze będzie zaprosić osobę z zewnątrz, aby rozruszać nasz zespół muzealny. Nie byliśmy w stanie rozpisać programu na zaangażowanie wszystkich gdynian, zaczęliśmy wiec od naszego zespołu, w którym obecni byli gdynianie. Odbyliśmy szereg wielogodzinnych spotkań z całym zespołem, włączając panie opiekunki ekspozycji, panów technicznych, księgowość. Te spotkania moderował właśnie Antoni Bartosz i zaczęliśmy w nich od burzy mózgów: z czym się Gdynia kojarzy, o czym warto powiedzieć, a o czym nie. To było typowe działanie kreatywne i włączenie w tej pierwszej fazie osób, które niekoniecznie muszą być historykami czy historykami sztuki czy mieć doświadczenie związane z budowaniem wystaw, ale osoby mające różne doświadczenie, będące gdynianami z dziada pradziada czy osobami, które się przeprowadziły do Gdyni, osoby w różnym wieku. To nam zarysowało zakres tematyczny, który następnie merytorycznie rozwijaliśmy. Spotkań odbyło się kilkanaście i na ich podstawie udało nam się częściowo zarysować tematykę, która mogłaby być interesująca nie tylko z punktu widzenia historyka, który najchętniej umieściły jak najwięcej informacji, ale też księgowości, opiekuna wystawy czy bibliotekarza.

Partycypacja, ale czy publiczności? Po prostu osób związanych z Gdynią. Współpraca przy tworzeniu wystawy przebiegała na bardzo różnych poziomach. To nie tylko publiczność, ale osoby w najróżniejszy sposób z Gdynią związane, które swój wkład w wystawę miały na bardzo różnych poziomach, nie tylko na głównym poziomie, który polegałby na zaproszeniu mieszkańców do włączenia jakiejś informacji.

Muzeum Miasta Gdyni, wystawa stała.

Tę bazę doprecyzowywaliśmy już w mniejszym zespole. Do pracy zaprosiliśmy nie tylko Dział Historyczny, ale też Dział Sztuki, Ośrodek Edukacji oraz współpracowników zewnętrznych. My historycy, czyli Andrzej Hoja, ja oraz dyrektor muzeum, Jacek Friedrich, zostaliśmy kuratorami wystawy. Rozpoczął się etap kwerend. W tym czasie również z Ośrodkiem Edukacji wypracowaliśmy pomysł stworzenia akcji społecznej, która się nazywała „Dodaj historię”. Była skierowana do gdynian i osób z Gdynią związanych. Zachęcaliśmy publiczność do zostawiania nam zarówno krótkich historii związanych z miastem, jak również przekazania kontaktu w celu przeprowadzenia wywiadu lub spotkania w odnośnie pozyskania obiektu, który mógłby się znaleźć na wystawie. Akcja była specjalnie niedoprecyzowana, ponieważ dla jednych było to zostawienie jakiegoś skojarzenia lub wspomnienia związanego z Gdynią, dla innych cała relacja tematyczna czy biograficzna. Niestety oddźwięk nie był tak duży, jak byśmy sobie życzyli. Kilkadziesiąt takich kontaktów czy historii zostało zostawionych, ale wydawało nam się, że powinno być tego dużo więcej. Uznaliśmy, że być może to jest zbyt otwarta formuła, kiedy mówi się do wszystkich, to być może nie każdy czuje się wywołany, w związku z czym zaczęliśmy poszukiwać tych osób bardziej punktowo. Ktoś nam polecał osoby, które zna, które są ciekawymi osobami, które mogłyby coś wnieść do wystawy. Sami szukaliśmy informacji. W założeniach wypracowanych przez cały zespół pojawił się temat Morskiego Instytutu Rybackiego. Skontaktowaliśmy się w związku z tym z wieloletnim badaczem, kierownikiem wypraw morskich MIR-u i przeprowadziliśmy wywiad. Często te kontakty były nawiązywane łańcuchowo.

Albo znajdywaliśmy obiekt w naszych zbiorach. To może zabawnie brzmi, ale tak często jest, ponieważ zbiory w muzeum przez lata były budowane inaczej – nie narracyjnie, tylko pod kątem wartości artystycznej czy historycznej i niekoniecznie niosły ze sobą historię. Postanowiliśmy przejrzeć nasze zbiory pod kątem tego, czy niosą ze sobą historię, a jeśli nie, to czy jesteśmy w stanie uzupełnić te historie. Udało nam się dotrzeć do darczyńców bądź osób związanych z przedmiotami i zapraszaliśmy je do opowiedzenie historii. Świetnym przykładem jest album fotografii związanych z osiedlem duńskim, gdzie na filmie prezentowanym obok tuż trochę mówimy o tym, jak do tego doszliśmy. Znaleźliśmy album, który nie miał spisanej historii. Został przekazany do muzeum w 1983 r. i nie zachowały się dane o darczyńcy. Znalezienie go, wymagało to pracy detektywistycznej. W pracach zespołu brała udział pani Barbara Mikołajczuk, która w tym czasie pracowała w muzeum. Przypomniała sobie, gdzie mieszkała osoba, która może wiedzieć, co to jest za album. Jeden z kolegów chodził po tej ulicy, dzwonił do drzwi i pytał, czy ktoś kojarzy taką panią. Finalnie trafił na nią. To wychodziło daleko poza ramy przyjętej pracy w ramach kwerend muzealnych. Ona wiedziała, że pan, który jest synem pani uwiecznionej w albumie, mieszka w Kopenhadze. Dała nam kontakt i w ten sposób dotarliśmy do niego.

To były kosmiczne konstrukcje, które opierały się na dużym entuzjazmie pracowników związanych z Gdynią. Myślę, że bardzo ważne jest to, co nieraz pojawia się w mediach, że gdynianie są bardzo związani ze swoim miastem. Tu jest silny patriotyzm lokalny, co jest pewnie związane z faktem, że to miasto było budowane rękoma tych osób. Już po otwarciu wystawy wiele osób odnajdywało na wystawie osoby, które zna.

Muzeum Miasta Gdyni, wystawa stała.

W gronie kuratorskim podjęliśmy decyzję, aby budować tą wystawę bardzo oddolnie, nie tylko ze względu na nasze przekonanie, że to jest dobry sposób, aby pokazywać szersze zjawiska pewnymi wycinkowymi historiami, bo one są w stanie stworzyć szeroki, różnorodny, niejednoznaczny obraz historii, która nie jest taka prosta, jak by się mogło wydawać, ale również dlatego, że Muzeum Miasta Gdyni nie dysponuje niezwykle drogocennymi dziełami sztuki czy obiektami kultury materialnej. Musieliśmy oprzeć się na zbiorach, które nie wydają się wyjątkowe czy wybitne w porównaniu z kolekcjami innych muzeów w Polsce. Stwierdziliśmy, że czynnik emocjonalny i wiążący z konkretnymi historiami ludzkimi, będzie ciekawy.

Wkład publiczności w wystawę to zarówno wkład osób w historii miasta, jak i współcześnie związanych z miastem. Część wywiadów była realizowana w czasie pracy nad wystawą, część już mieliśmy. Włączaliśmy je w wystawę, udzielając głosu byłym i współczesnym mieszkańcom miasta.

Również w warstwie artystycznej poprosiliśmy o wkład artystów, Dominika Lejmana i Mariusza Warasa, którzy są związani z Gdynią. Artystom nie narzucaliśmy tego, co mogą zrobić. Mieli świadomość, jakie mają pola, na których mogą umieścić swoje dzieła, ale zostawiliśmy im wolną rękę. To oni zaproponowali formę i treść. Grafika, która kończy wystawę na górze, to praca trzech już teraz absolwentek, wcześniej studentek Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, Joanny Czaplewskiej, Julii Jackowskiej i Martyny Witkowskiej. To był wewnętrzny konkurs zorganizowany w ramach zajęć i akurat tę pracę wybraliśmy.

Część przeprowadzonych wywiadów widać w filmie na wystawie, część została umieszczona w aplikacji. Ponadto zmienny moduł wystawy wymaga zmiany treści. Uznaliśmy, że to jest świetny sposób, żeby uhonorować wszystkich, którzy coś nam ofiarowali. Tutaj każda z tych historii może znaleźć swoje miejsce. To również formuła, która umożliwi zaproszenie tych osób na przykład do oprowadzań. W momencie, gdy prezentujemy dany obiekt, możemy zaprosić darczyńcę na jedno czy dwa oprowadzania po wystawie i w tym miejscu oddać mu głos. Początkowo myśleliśmy, że moduł będzie wymieniany raz na trzy miesiące, teraz to są chyba trochę dłuższe okresy, w zależności też od jakiś rocznic czy okazji.

Aby zbadać, co ludzie myślą o mieście, zleciliśmy przeprowadzenie niewielkich badań socjologicznych. Mieliśmy nadzieję, że wyjdzie nam coś innego, niż w publikowanych sondażach miejskich, które mówią, że Gdynia jest najszczęśliwszym miastem do życia. Te badania jednak pokazały dosyć duże zadowolenie z życia w mieście, dużą sympatię i duże poczucie tożsamości lokalnej. Stwierdziliśmy, że na wystawie nie będziemy dawać komentarza, tylko bardziej prowokować do zadawania sobie pytań, niż udzielać odpowiedzi. W kieszeniach na wystawie są dostępne cytaty z tekstów źródłowych i w ten sposób jeszcze bardziej chcieliśmy dać możliwość dopowiedzenia czegoś.

Muzeum Miasta Gdyni, wystawa stała.

Mówi Pani o różnych narzędziach, które posłużyły do zaprezentowania głosu mieszkańców. Czy sięgali Państwo po inspiracje z wizyt studyjnych w innych muzeach lub z literatury, czy to była bardziej intuicja, że tak to najlepiej pokazać?

Wraz z kolegą Andrzejem Hoją odbyliśmy szereg wizyt studyjnych do nowych muzeów narracyjnych w Polsce, jak również w Berlinie i Antwerpii. Staraliśmy się możliwie dużo inspiracji czerpać, przy czym muszę przyznać, że zazwyczaj były to inspiracje negatywne w tym sensie, że wiedzieliśmy, w jaki sposób nie chcemy czegoś robić. Na w kontekście przykład Muzeum Emigracji, wiedzieliśmy, że nie zależy nam na tak intensywnym wykorzystaniu scenografii – to zresztą refleksja po odwiedzeniu kilku polskich muzeów – że ta scenografia, w naszej opinii, gra za silną rolę. Może to trochę pozwala na wejście w buty i poczucie się jak bohater historii, ale to budzi nasze wątpliwości z jednej strony co do etyki, a z drugiej co do sensu i misji muzeów. Bardziej nam zależało, aby oddać głos autentycznym bohaterom i autentycznym obiektom. Po wystawie w Muzeum Emigracji chodzi się, śledząc losy rodziny Sikorów od wyjazdu z domu, poprzez trudną podróż, Ellis Island i później Nowy Jork, a na końcu dowiadujemy się, że to nie jest prawdziwa rodzina. Dla mnie to było rozczarowujące, poczułam się oszukana. Nie chciałam stawiać w takiej sytuacji odbiorcy, więc bardzo nam zależało na tym, aby to były autentyczne historie autentycznych osób. Ten autentyzm jest podkreślony tym, że te osoby same się wypowiadają, czy to w filmach, czy w plikach audio, czy w cytatach. One nie są przez nas zredagowane czy skomentowane. Z tego względu scenografia naszej wystawy jest bardziej oszczędna niż narzucająca się w duchu scenografii teatralnej. Ona oddziałuje kolorem, architekturą czy masą, a nie teatralizacją. Wiedzieliśmy, że nie będziemy odwzorowywać wnętrz jeden do jednego czy postaci siedzących czy wykonujących jakieś czynności. Chcieliśmy też ograniczyć multimedia. To oczywiście we współczesnej wystawie nie jest możliwe. Jest ich sporo, ale w porównaniu z innymi wystawami, które odwiedziliśmy, nie jest ich tak wiele. Nasze doświadczenie było takie, że multimedia męczą widza po pewnym czasie, w pewnym momencie na dużej wystawie już się je omija, tworzą kakofonię. Kolejna kwestia, która nas od tego odwodziła, to to, że multimedia szybko się starzeją.

Muzeum Miasta Gdyni, wystawa stała.

Kiedy oglądałam tą wystawę w czasie pandemii, niemal wszystkie elementy związane z dotykaniem, zostały usunięte lub wyłączone z użytkowania. Wystawa została więc pozbawiona swoich interaktywnych rozwiązań. Może się okazać, że dotyk w muzeum w ogóle będzie niemożliwy lub niepożądany na dłużej, ludzie mogą się bać korzystać z tych interaktywnych propozycji i finalnie trzeba się z nich będzie wycofać. Co Pani zdaniem muzea mogą zrobić w tej sytuacji, myśląc już o nowych wystawach?

Ja bym nie rezygnowała z rzeczy interaktywnych, a przynajmniej z części. Miejsca, gdzie można włożyć rękę i pomacać ryż czy bawełnę, rzeczywiście mogą być siedliskiem zarazków. Ekrany czy drzwiczki, półeczki, to rzeczy, które można zdezynfekować raz czy dwa razy dziennie. Być może wyjściem dla muzeum byłoby wyposażanie zwiedzających w rękawiczki jednorazowe. Nie jest to duży koszt, który obciążałby muzeum. Wydaje mi się, że interaktywność, zachęcanie widza do wykonania ruchu, zaangażowania się, to jest coś, dzięki czemu on staje się trochę częścią wystawy poprzez to, że albo coś otworzy albo nie, wyjmie tabliczki i sam coś zinterpretuje. Kwestią trudną są słuchawki, ale zwiedzających także można wyposażyć w słuchawki jednorazowe, które każdy mógłby wetknąć w gniazdo.

22 października 2020