Tu Muranów – Instalacja społeczna

MUZEUM HISTORII ŻYDÓW POLSKICH W WARSZAWIE

Działające w strukturze Muzeum POLIN Laboratorium Praktyk Muzealnych realizuje eksperymentalne projekty muzeologiczne i długofalowe działania partycypacyjne, których częścią są inicjatywy lokalne. To właśnie ta niewielka komórka zakorzenia w otoczeniu buduje relacje z mieszkańcami i oferuje pole do współpracy na poziomie niewielkich, lecz bardzo istotnych z perspektywy wytyczania nowych sposobów muzealnego działania, projektów. Przy okazji wystawy czasowej skupionej na historii i architekturze dzielnicy „Tu Muranów”, LPM realizuje partycypacyjny projekt gromadzący historie osób związanych z Muranowem. W ramach projektu ustawiona w holu muzeum instalacja – symbolicznie tuż przy wielkim przeszkleniu, z którego rozciąga się widok na dzielnicę, ale też dzięki któremu dzielnica ma wgląd do wnętrza muzeum – wypełnia się przedmiotami i opowieściami osób, dla których Muranów jest bliski.

Z Ewą Chomicką, kierowniczką Laboratorium Praktyk Muzealnych, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Realizacja nakładki na wystawę czasową „Tu Muranów” jest logicznym przedłużeniem działań lokalnych, jakie podejmowałaś w muzeum od samego początku istnienia, jeszcze zanim otwarty został muzealny gmach. Można by teraz zacząć biograficzną rozmowę o działaniach i projektach, jakie doprowadziły do dzisiejszej wystawy, ale zacznijmy od końca. Co znalazło się na instalacji społecznej?

Instalacja społeczna jest naturalnym przedłużeniem wystawy „Tu Muranów”. Wystawa opowiada o historii i współczesności naszego osiedla, niezwykle złożonej, skomplikowanej, trudnej, a jednocześnie funkcjonującej tu i teraz, co zachęca do tego, by dawała przestrzeń mieszkańcom i mieszkankom Muranowa na opowiedzenie swoich mikrohistorii związanych z tym osiedlem. Wystawa w sposób naturalny odwołuje się do historii żydowskiej osiedla, jej powojennych reprezentacji architektonicznych i współczesnych splotów tego, co jest i co było. Interesowało nas, jakimi opowieściami zechcieliby podzielić się z nami mieszkańcy i mieszkanki, gdybyśmy ich zaprosili – w zupełnie otwarty, swobodny sposób – do wypowiedzi na temat „ich” Muranowa. Jakie wątki by się pojawiły, na ile obecna byłaby tam tak istotna dla nas historia, a na ile byłyby to dotykające innych doświadczeń opowieści, kreślące emocjonalną i tożsamościową subiektywną mapę miejsca.

Już wcześniej robiliśmy tego typu działania, na przykład „Muranów: polifonie”, dwie realizowane w kolejnych latach edycje działań performatywnych z mieszkańcami/mieszkankami, które jednak, choć w subtelny sposób, przez sformułowane przez nas założenia kierunkowały temat naszych spotkań. Pierwsza edycja dotyczyła doświadczania osiedla i zmian, jakie Muzeum POLIN wytworzyło przez pojawienie się w tym miejscu i w naturalny sposób ewokowało nawiązanie to tematów i wątków żydowskich. Druga odsłona była dedykowana konkretnej ulicy i postaci z nią związanej, Ludwikowi Zamenhofowi, postaci związanej z żydowskim dziedzictwem, twórcy esperanto. Tym razem mieliśmy poczucie, że to zaproszenie powinno być jak najbardziej otwarte, również dlatego, że instalacja towarzyszy dużemu przedsięwzięciu, jakim jest wystawcza czasowa. Wystawa jest wypowiedzią kuratorską, autorską interpretacją historii osiedla i potrzebowała „zrównoważenia” w postaci wypowiedzi mieszkańców i mieszkanek Muranowa, otworzenia przestrzeni na ich opowieść o codziennym doświadczaniu tego miejsca – jako ekspertów i ekspertek od przestrzeni, w której na co dzień żyją.

Były plany, by te opowieści wpleść w przestrzeń samej wystawy i też jej treść z odpowiednim wyprzedzeniem skonsultować i wypracować z mieszkańcami/ mieszkankami. Tej idei jednak nie udało się zrealizować. Poszukiwaliśmy zatem wraz z projektantem instalacji właściwego miejsca do wybrzmienia głosów mieszkańców i mieszkanek. Znaleźliśmy je pod wielką szybą w głównym holu muzeum. Zależało nam na tym, aby instalacja była w bliskim kontakcie z osiedlem. Przez tę olbrzymią szybę my – i wypowiedzi mieszkańców prezentowane w instalacji – patrzą na osiedle, a osiedle patrzy na nie. Planowana nazwa instalacji „Tu Muranów” na tyle się spodobała w muzeum, że została przyjęta dla całej wystawy. A ten prosty komunikat zawierał w sobie to spojrzenie i obustronny sygnał: „Hej, tu jesteście! Hej, tu jesteśmy!” i zaproszenie do wzajemnego poznania.

Zaproszenie do współtworzenia instalacji również jest oparte na prostym komunikacie: Jaki artefakt przychodzi ci do głowy, kiedy wspominasz swoje małe/wielkie historie związane z zamieszkiwaniem, przebywaniem na Muranowie. Interesowały nas pierwsze intuicje, obrazy, skojarzenia, wspomnienia, jakie nasuwają się ludziom, gdy pyta się ich o relację z miejscem. Ważny był też element pośredniczący opowieść. Na co dzień często pracujemy z wypowiedziami efemerycznymi, performatywnymi, doświadczeniami zmysłowymi, ale tu odwołaliśmy się do bardzo klasycznego muzealnego gestu i poprosiliśmy mieszkańców i mieszkanki o materialną reprezentację opowieści – obiekt, fotografię, książkę, list, materiał; artefakt, który materializuje ich historię. To też był świadomy gest – właśnie ze względu na tę równowagę w stosunku do mocnej, namacalnej wypowiedzi, jaką tworzy wystawa czasowa. Idea jest taka, że instalacja będzie rozbudowywała się w trakcie trwania wystawy. Ale przez to, że wszystkie instytucje kultury są teraz zamknięte z powodu pandemii – a otworzyliśmy instalację w październiku – już teraz wiemy, że będzie z nami dłużej niż sama wystawa „Tu Muranów”.

Wśród pierwszych zgłoszeń otrzymaliśmy bardzo różne i niezwykle ciekawe, proste opowieści „blisko człowieka”. Niektóre zabawne, inne wzruszające, jeszcze inne tajemnicze. Nie zabrakło też głosów aktywistycznych czy nawiązujących do żydowskiej historii, nie zabrakło otwartych pytań, rzeczy o niejasnej proweniencji. To swobodne połączenie tych różnorakich płaszczyzn i drobniejszych lub gęstszych splotów między artefaktami jest, mam wrażenie, autentyczne, bezpretensjonalne. Osobiście cieszę się, że cień symboliczny Muzeum POLIN nie wpłynął na dobór historii, którymi zechcieli podzielić się muranowianie i muranowianki. W przypadku instytucji o wyrazistym profilu często pojawia się takie ryzyko, że osoby w odpowiedzi na zaproszenie będą czuły obowiązek „wpasowania się” w oczekiwania instytucji. Wytłumaczenie, że tych oczekiwań nie ma i że decyzja o charakterze wypowiedzi jest po stronie darczyńcy/darczyńczyni wymaga niekiedy wielu rozmów i zachęt. Naszej zbiórki w żaden sposób nie ograniczaliśmy do mieszkańców Muranowa śródmiejskiego lub wolskiego. Każdy, kto utożsamia się z byciem muranowianką albo muranowianinem, bywalcem lub bywalczynią Muranowa, może śmiało się wypowiedzieć. Na nasz apel odpowiedzieli zarówno obecni, jak i byli mieszkańcy i mieszkanki, osoby, które obecnie mieszkają za granicą, a ich pamięć dzieciństwa związana jest z tym obszarem.

Instalacja jest pięknie zaprojektowana w postaci odrębnych tub – każda kryje inną opowieść, a poszczególne części są ze sobą połączone, tworząc wspólną konstelację. Aby przyjrzeć się tym historiom, musimy nad tubami lekko się pochylić i zajrzeć do nich, by odkryć zaprezentowane tam historie. To jest nawiązanie do idei wystawy, która jest oparta na kategorii palimpsestu i kolejnych warstw, które odkrywamy. Ten wątek „pochylenia” nad opowieścią był dla mnie ważny jako kuratorki – chodziło mi o prosty wysiłek, jaki towarzyszy każdemu spotkaniu, wzmożonej uważności wychylania się „ku”. Koncepcyjnie nadal uważam, że jest to rozwiązanie bardzo interesujące, ale wiem też, że publiczność na ten akurat aspekt narzeka (śmiech).

Przytoczę przykładowe historie. Mamy historię pana, który mieszka obecnie w Szwecji, a w dzieciństwie mieszkał na Muranowie, gdzie po alejkach jeździł samochodzikiem zbudowanym przez swojego tatę. Przesłał nam swoje zdjęcia w tym autku-samoróbce i odautorską narrację o swoich dziecięcych wojażach. Inny pan, również ze Szwecji, a związany rodzinnie z Muranowem, przesłał książkę swojej babki, z jej odautorskim komentarzem wraz ze zdjęciem. Monika Krajewska, działaczka społeczności żydowskiej, przekazała nam wstęgę z wieńca, który składała pod Pomnikiem Bohaterów Getta w latach osiemdziesiątych oraz zdjęcie. To są o tyle istotne pamiątki – wieńce, że milicja sprzeciwiała się wówczas oddolnie organizowanym obchodom. O tym pani Monika pisze w swojej opowieści. Inna osoba, która odnosi się do dziedzictwa żydowskiego, to Daria Siwiak, która wytwarza biżuterię. Jedną z kolekcji zrobiła z gliny, ziemi i gruzów muranowskich. Prezentujemy jej pierścionki, a w swojej narracji opowiada, dlaczego jest tak mocno związana z tym osiedlem. Jeszcze inna osoba, Paweł, opowiada o historii swojej obecności na Muranowie przez pryzmat doświadczeń z zakupem mieszkania. Jak opowiada w swojej narracji, nigdy nie poznał poprzedniej właścicielki. Gdy kupował na ulicy Esperanto obecne mieszkanie, właścicielka była już na tyle chora, że przez cały proces reprezentował ją pełnomocnik. Pan Paweł nie mógł nigdzie znaleźć informacji, czy mieszkanie posiada piwnicę, czy też nie. W końcu po skomplikowanych dochodzeniach okazało się, że tak. Przepiłował dawno nieotwieraną kłódkę, dostał się do tej piwnicy i zobaczył, że jest pusta. Leżały tam tylko stare łyżwy. Postanowił, że je zostawi, aby już zawsze mu przypominały poprzednią mieszkankę jego przestrzeni. Właśnie te łyżwy są częścią instalacji. Jest też bryła soli od jednej z osób prowadzących lokal usługowy na Muranowie. Pani Maria odkupiła go od wcześniejszych właścicieli, którzy w piwnicy zrobili sobie grotę solną. Ponieważ musiała skuć te bryły, skontaktowała się z firmą, która takie materiały odzyskuje. Okazało się, że była to ta sama firma, która tę grotę wykonała. Na pamiątkę tego zostawiła sobie jedną ze skutych brył. Otrzymaliśmy też sporo zdjęć – pamiątek z dzieciństwa, dyplomów i fotografii szkolnych ewokujących wspomnienia ze szkolnych czasów. Mamy też opowieść od mieszkanki, która przedstawia swoją niezwykłą sąsiadkę, panią Irenkę, barwną dozorczynię jednej z klatek.

Dobór tych historii będzie się zmieniać?

Będzie się rozrastać. W tym momencie mamy kilkanaście narracji i idea jest taka, że będziemy to rozbudowywać i narracje będą przyrastały.

Z jakim przyjęciem ta akcja się spotkała? Czy był problem z pozyskaniem materiałów, z ośmieleniem ludzi, aby się nimi dzielili? Mam wrażenie, że wiele osób w przypadku takich zbiórek mogłoby coś opowiedzieć, ale po prostu im się nie chce.

Przy pierwszym naborze, który był szeroko ogłaszany – a warto wspomnieć ze względu na towarzyszącą nam ciągle pandemię, że był to okres wakacyjny, kiedy wszyscy byliśmy bardziej mobilni – to się spotkało z dobrym i ciepłym przyjęciem. Widać było, że dla wielu osób otwarcie takiej możliwości sprawiło frajdę. Nie mogę powiedzieć jednak, żebym została zarzucona zgłoszeniami – tak się nie dzieje w przypadku tego typu akcji dziejących się na styku duża instytucja/sąsiedztwo, przynajmniej takie jest moje doświadczenie. Dostałam też sporo zgłoszeń – to też stały element tego typu inicjatyw – w których ludzie wyrażali zainteresowanie współtworzeniem instalacji, ale kiedy przypominałam, co trzeba zrobić – opowiedzieć mi historię lub spisać ją w kilku zdaniach, a także przesłać zdjęcie rzeczy, do której ta historia się odnosiła lub przynajmniej opowiedzieć mi, co to za rzecz – to często już nie było odpowiedzi. Sporo zgłoszeń było też niekompletnych. Ktoś przesłał wiele zdjęć, ale na prośbę o narrację nie odpowiedział. Inna osoba tak bardzo przejęła się zadaniem, że przychodziła do mnie kilka razy i za każdym razem przynosiła coraz to nowsze propozycje, nie wiedząc, którą wybrać i prosząc mnie o podjęcie decyzji w jej imieniu. Naturalną ścieżką jest sięganie do zdjęć, do zdjęć z dzieciństwa, i przyznaję, że nam zależało też na tym, aby zachęcić ludzi do myślenia obiektami, odkrycia rzeczy wokół siebie.

Kolejny nabór, który prowadziliśmy już w czasie lockdownu i zamknięcia „wszystkiego” – instytucji, restauracji, miejsc spotkań, zaowocował tylko kilkoma zgłoszeniami. Wiadomo – jest pandemia, ludzie są mniej mobilni, pracują, a my, również pracując w większości zdalnie, musimy korzystać z niedoskonałych jak na potrzeby lokalne form komunikacji, bazując tylko na internecie. Oczywiście instalacja społeczna nie jest też jedynym – a wręcz jest jednym z bardzo licznych – działań prowadzonych przez muzeum. Efekt jest taki, że gdy dziś rozmawiam z mieszkańcami lub mieszkankami Muranowa o tej akcji, okazuje się, że o niej nie wiedzą. Komunikacja internetowa poprzez stronę muzeum czy kilka postów na Facebooku w przypadku takich instytucji jak nasza, które nie są w sposób oczywisty „pierwszym wyborem” jeśli chodzi o uwagę sąsiadów i sąsiadek, nie jest wystarczająca w kontekście inicjatyw lokalnych. A w okresie nagromadzenia cyfrowych informacji, jakie mamy w okresie pandemii i przesytu rzeczywistością wirtualną nas wszystkich, tym bardziej się nie nie sprawdza. Czekamy więc na moment – mam nadzieję, że już niedługo – kiedy będziemy mogli skorzystać z innych kanałów komunikacji, tych bardziej terenowych, i znowu rozpocząć akcję informacyjną, kilkukanałową, na przykład rozwieszając plakaty-zdrapki w punktach usługowych czy rozwieszając informacje na klatkach (współpracujemy z administratorami budynków, którzy chętnie udostępniają nam swoje klatki na plakaty). Fakt, że przez pandemiczne zawirowania już wcześniej zadecydowaliśmy o przedłużeniu instalacji poza czas trwania wystawy „Tu Muranów” daje nam nieco więcej przestrzeni czasowej na zadbanie o adekwatne wybrzmienie tej inicjatywy.

Przez lata przy okazji różnych działań wypracowywałaś kontakty z działającymi na Muranowie organizacjami. Myślałam, że to jest główna droga dotarcia do mieszkańców?

Tak, mamy lokalne partnerstwo „Przepis na Muranów”, którego jako POLIN jesteśmy członkiem. Partnerstwo jest rzeczywiście żywe i robi sporo wspólnych inicjatyw, w różnych konfiguracjach – w podgrupach lub całościowo, dla wszystkich zainteresowanych, którzy i które mają ochotę się zaangażować. Członkinie i członkowie partnerstwa też się po prostu, po ludzku, lubią i wspierają. Ale to też ciekawy temat, co to znaczy być dla dużej instytucji członkiem nieformalnego partnerstwa, opartego na spontanicznych decyzjach, szybkich reakcjach i krótkich łańcuchach działania. Ponieważ to ja wraz z koleżanką z Laboratorium angażujemy się z ramienia muzeum w partnerskie inicjatywy, początkowo miałam spory problem z tym, że jako instytucja w tych relacjach „nie nadążamy”, często nie jesteśmy w stanie równie żwawo jak inni zareagować, odpowiedzieć na pytania, zapewnić wsparcia. Dużo wcześniej niż pozostali członkowie musimy planować działania – z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem i zaangażowanie w ciekawe spontaniczne inicjatywy partnerstwa, które wydarzą się „za dwa tygodnie”, są zazwyczaj dla muzeum – z jego procedurami, długimi procesami decyzyjnymi, rozproszoną decyzyjnością – po prostu niemożliwe. Po różnych frustracjach z tym związanych nauczyłam się – bądź też raczej się uczę – komunikować uwarunkowania instytucjonalne, nazywać możliwości i niemożliwości związane z udziałem muzeum w takiej nieformalnej strukturze. Dodam, że nie jest tak, że te uwarunkowania nie są przez partnerów rozumiane czy odrzucane – wręcz przeciwnie, spotykają się ze zrozumieniem. Mam w sobie jednak tęsknotę, i staram się na różnych polach podnosić tę kwestię, za poszukiwaniem sposobów na dostosowanie wewnętrznych uwarunkowań instytucji kultury do charakteru realizowanych działań – żeby były bardziej ku człowiekowi, a nie ku procedurom i nieadekwatnym ustalonym „na sztywno” rozwiązaniom. Jest wiele możliwych scenariuszy działania wspierających wspólnotowość, współdzielenie, współdecyzyjność, z których polskie instytucje kultury wolą nie czerpać z powodów formalnych. Trzeba to zmieniać.

Powstała wystawa o dzielnicy, w której muzeum się znajduje. Jest tam siatka aktywnych osób, które na rzecz lokalnego dziedzictwa działają. Czy ze strony tych różnych organizacji, formalnych i nieformalnych, nie było na tyle dużego zainteresowania tym formatem partycypacyjnym, aby bardziej się zaangażować?

Jak najbardziej, niektóre z głosów, które wybrzmiewają w naszej instalacji są głosami osób zaangażowanych w działania partnerstwa. Korzystałam też z tego kanału promocji przy pierwszym naborze i generalnie, jest on zawsze moim pierwszym wyborem, gdy jakieś działanie dotyczy bezpośrednio muranowian lub muranowianek. Komunikacja i promocja wprawdzie nie jest moją domeną – mamy w muzeum klasyczny działowy podział obowiązków – ale przy inicjatywach lokalnych to właśnie te nieformalne więzi, kontakty, bezpośrednie relacje, są często najwłaściwszym kluczem. Warto przy tym wspomnieć, że staram się nie nadużywać tej relacji i wyważać dawkowanie próśb o wsparcie promocyjne czy o pomoc – pamiętajmy, że reprezentuję ogromną instytucję, realizującą mnóstwo różnych programów. Jesteśmy jako muzeum największym ciałem w tym partnerstwie, o zupełnie innej skali działania niż pozostałe podmioty czy indywidualne osoby w nim zrzeszone; z łatwością mogłabym zdominować opowieściami o naszych inicjatywach każde partnerskie spotkanie i zapchać skrzynki mailami na temat muzealnych aktywności. Ale oczywiście, nie o to chodzi – ważne jest, by różni członkowie i różne członkinie mieli i miały w partnerstwie odpowiednią dla siebie przestrzeń. Dlatego staram się dawkować informacje i prośby, by nimi po prostu nie przytłoczyć. A jest to szczególne wyzwanie teraz, przy okazji wystawy „Tu Muranów”, gdy znakomita część programu muzeum zbudowana jest wokół tematyki muranowskiej (śmiech).

Wróćmy jeszcze do lokalizacji instalacji w muzeum. Miejsce wydaje się świetne, jest najbardziej dostępne, widoczne, natomiast wiem, że liczyłaś na antresolę w przestrzeni wystawy. Dlaczego obecność w przestrzeni wystawy nie była możliwa?

Wedle mojej wiedzy ta formuła nie zainteresowała zewnętrznych kuratorów tej wystawy, chcieli mieć kontrolę nad wykonalnością tego projektu. W projektach partycypacyjnych czy społecznych procesy negocjacyjne są długie, trudne, nie zawsze satysfakcjonujące estetycznie. Uznano zatem, że akurat w tej wypowiedzi, jaką jest wystawa, lepiej będzie nie iść w tym kierunku.

Porozmawiajmy teraz bardziej ogólnie. Realizowałaś i nadal realizujesz szereg programów lokalnych. Jak byś określiła zakorzenienie muzeum w dzielnicy dzisiaj?

Widzę zmianę na przestrzeni tych kilku lat, potwierdzają ją też badania. O ile badania Michała Bilewicza i jego zespołu z początku funkcjonowania muzeum mówiły, że jest ono postrzegane przez muranowian i muranowianki jako obce, „nie dla nich”, o tyle tegoroczne badania prowadzone przez studentów i studentki socjologii pokazują, że jesteśmy traktowani dużo bardziej jako część osiedla, jako miejsce ważnych działań, miejsce „swoje”. My również jako muzeum czujemy się tu coraz bardziej zakorzenieni – a wszak ciągle jeszcze jesteśmy młodą instytucją. Posuwamy się więc do przodu, krok po kroczku, poznajemy się z sąsiedztwem lepiej, jednocześnie wiedząc jako muzeum, że mamy jeszcze dużo do nauczenia się i do zrobienia w tym zakresie.

Czy po tych kilku latach prowadzenia działań zauważasz, że na przykład prościej się skontaktować z tą społecznością, coś wspólnie zrobić, do czegoś przekonać, czy nie widzisz zmiany?

Tak, nie dość, że sami lepiej rozpoznaliśmy otoczenie, to też wzbudzamy większe zaufanie jako instytucja niż te kilka lat temu. Powstało partnerstwo lokalne, które naprawdę prężnie się rozwija. Przez Wędrujący Uniwersytet Muranowski, który realizujemy w różnych miejscach – kawiarniach, restauracjach, organizacjach – rozwinęliśmy sporo kolejnych partnerstw z różnymi organizacjami. Myślę, że też widać na zewnątrz, że jako muzeum się staramy i że nam zależy – to też pociąga za sobą większą otwartość ze strony sąsiedztwa. Nie jest jednak tajemnicą, że do działań partycypacyjnych trudniej jest zaangażować ludzi niż do biernego udziału w spotkaniu, wykładzie czy koncercie. Powiedzmy też sobie jasno, że nie wszyscy tego typu działania potrzebują. Osobiście uważam, że postulat partycypacji bywa niekiedy zbyt ofensywny – ja rozumiem go w swojej praktyce bardziej jako otwarte zaproszenie i niż imperatyw działania.

14 grudnia 2020

Zdjęcia udostępnione przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN