Wejdź w muzeum!

MUZEUM SZTUKI NOWOCZESNEJ W WARSZAWIE

W latach 2013–2019 w Muzeum Sztuki Nowoczesnej została stworzona specjalna platforma spotkań dla nastolatków z klas licealnych. Projekt „Wejdź w muzeum!” był połączeniem koła zainteresowań, klubu i programu wolontariatu. Był przestrzenią do poznawania pracy instytucji muzealnej, angażowania się w projekty i podejmowania własnych działań projektowych.

Projekt zmieniał się wraz z dojrzewaniem instytucji. Początkowo bazował głównie na przekazywaniu wiedzy, a później, z edycji na edycję, dawał coraz więcej możliwości do angażowania się we współtworzenie programu. Jego założeniem była otwartość, a wyznaczona uczestnikom rama była bardzo szeroka.

Uczestnicy dziewięciu edycji spotykali się w muzeum na warsztatach, wykładach, rozmowach, odwiedzali też inne instytucje. Pracowali projektowo jako grupa, ale też każdy zgodnie z zainteresowaniami i potrzebami mógł indywidualnie angażować się w pracę Muzeum. Część uczestników wybrała studia z zakresu historii sztuki lub sztuki, niektórzy stali się współpracownikami muzeum, a jedna z uczestniczek pierwszej edycji poprowadziła później samodzielnie własną edycję projektu.

Z Katarzyną Witt, autorką koncepcji i koordynatorka projektu, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Projekt „Wejdź w muzeum!” rozpoczął się w 2013 roku i był realizowany przez sześć lat. Fakt, że powstał projekt długofalowy należy tłumaczyć tym, że spotkał się z pozytywnym przyjęciem uczestników?

Tak, zdecydowanie. Pierwsza edycja była poligonem doświadczalnym. Patrząc z perspektywy tego, co robiliśmy podczas ostatniej edycji, projekt bardzo ewoluował. Wyrósł z potrzeby stworzenia platformy czy przestrzeni dla nastolatków, która byłaby bardziej cool, dostosowana do ich zainteresowań. Pierwsza edycja zawsze jest trochę mityczna. Kiedy skierowaliśmy zaproszenie do młodzieży, zgłosiło się około czterdziestu osób! Kilka osób z grupy, która się wtedy zawiązała, później trafiło wspólnie na studia na nowo otwartym Wydziale Zarządzania Kulturą Wizualną na Akademii Sztuk Pięknych, ale też na różne sposoby związało się z muzeum. Po zakończeniu pierwszej edycji ogłosiliśmy nabór na kolejną, dołączyły nowe osoby, ale wciąż było z nami trochę osób z pierwszej. Dlatego trudno jest te edycje jednoznacznie rozdzielać, bo uczestnicy wracali, wpadali okazyjnie, uczestniczyli w tym, co akurat ich interesowało… Starałam się zawsze być w tej kwestii elastyczna, choć jako pracowniczka muzeum potrzebowałam przerw pomiędzy edycjami, by je przemyśleć, zebrać opinie uczestników, móc zmieniać ten program i zwyczajnie „ładować baterie”. Z perspektywy czasu myślę, że uruchomiona w 2013 roku energia była kilkuletnim procesem uczenia się pracy z młodymi ludźmi, których nigdy nie brakowało. Nawet gdy formalnie coś się kończyło, w każdej odsłonie programu była grupa osób, które dalej chciały w muzeum bywać, działać, angażować się. Zawsze staraliśmy się w muzealnym zespole znaleźć dla nich miejsce i włączyć w nasze działania. W tym sensie rzeczywiście można powiedzieć, że to nie tyle projekt, ale wręcz rozrastająca się społeczność skupiona wokół instytucji.

Proszę opowiedzieć o początkach. Co wpłynęło na to, że taki projekt Pani wymyśliła i zaproponowała do realizacji? To był czas, kiedy projektów zapraszających publiczność do współtworzenia nie było dużo. Czy to wynikało z jakiś inspiracji?

Byłam wtedy bardzo młodą osobą. Zaczęłam pracować w muzeum w 2012 roku i sama miałam za sobą różne doświadczenia związane z wolontariatem, stażami i praktykami, które odbywałam w instytucjach kultury. Poznałam na własnej skórze różne formuły i działania proponowane studentom i studentkom, a wcześniej licealistom i licealistkom, dużo myślałam o tym, jak mogłoby to lepiej działać i dawać więcej satysfakcji dla obydwu stron. Sama szukałam miejsca, gdzie realnie zaangażuję się w życie instytucji, więc pomyślałam, że projekt dla młodzieży będzie okazją do zrobienia czegoś nowego, skrojonego na miarę potrzeb tej grupy wiekowej. Miałam już doświadczenia pracy ze szkołami średnimi w muzeum, bo prowadziłam lekcje muzealne. Często było tak, że na naszych wystawach rodziły bardzo ciekawe dyskusje i debaty. To było dla mnie bardzo motywujące i wartościowe, że ci młodzi ludzie przyprowadzeni przez nauczyciela wychodzili z muzeum z poczuciem, że przed chwilą zobaczyli coś ciekawego, coś, co ich poruszyło, co sprawiło, że chcieli zabrać głos. W praktyce jednak te dziewięćdziesiąt minut, które wyznaczało czas trwania lekcji muzealnej, to było strasznie mało. Rama czasowa i jednorazowy kontakt zawsze mnie uwierały. Zaczęłyśmy zadawać sobie w muzealnym zespole pytania o to, co by było, gdybyśmy zupełnie zmienili zasady tego spotkania i zaczęli pracować z młodzieżą długofalowo. Chciałam spotykać się z nastolatkami w ramach ich czasu wolnego, stworzyć sytuację, w której osoby uczestniczące dobrowolnie przychodzą do muzeum, bo lubią tu być, bo interesuje ich sztuka, bo chcą przynależeć do fajnej społeczności. To była droga dotarcia do zupełnie nowej, nastoletniej publiczności.

Jaki był pomysł na działania w pierwszej edycji? Do czego uczestnicy zostali zaproszeni? Na co muzeum było otwarte?

Na początku chyba bardzo chciałam uczestników zarzucić wiedzą. Dominowały różne spotkania, wykłady i warsztaty, a program oparty był na założeniu dostarczania wiedzy z pola historii sztuki. To było przydatne, uczestnicy i uczestniczki cieszyli się, że mogą swoje zainteresowania pogłębiać, a mi wydawało się to ważne jako solidna baza do tego, żeby swobodnie odbierać współczesną kulturę i sztukę. Atrakcyjne było też to, że wydarzenia prowadzili muzealni kuratorzy, edukatorzy, artyści, dzięki czemu można było zapoznać się nie tylko z różnymi tematami, ale także perspektywami.  

Uczestnicy i uczestniczki samodzielnie decydowali, czy chcą podjąć się jakiegoś wyzwania. Poza programem różnych spotkań mogli zaproponować swoje własne działania i projekty, ale to też nie było ujęte w ramy. Ustalałam i opracowywałam je z nimi indywidualnie, chyba że działali w małych zespołach. To były bardzo otwarte sytuacje. Jedną z rzeczy, do których ich gorąco namawiałam, było wcielenie się w rolę przewodników i zaproszenie swojej klasy na oprowadzanie do muzeum. Kilka osób potraktowało to bardzo poważnie, a ja pomagałam im przy konstruowaniu ścieżki i narracji. Najpierw przychodzili i rozmawialiśmy o pracach, które sobie wybrali, potem na następnym spotkaniu dana osoba mówiła mi, co chce opowiedzieć i wtedy sobie to weryfikowaliśmy, trzeci raz była już próba generalna, aby wszystko przećwiczyć. Były też osoby zainteresowane animacją i warsztatami dla dzieci. Zachęcałam ich do pomocy przy warsztatach po to, aby mogli się przygotować do własnych warsztatów dla dzieci w przyszłości, co również się wydarzyło. Byłam otwarta na wszystkie ich pomysły. Część osób zaczęła pomagać w archiwum muzeum. Byli też tacy, którzy w muzeum realizowali swoje projekty w ramach „Zwolnieni z teorii”. To były indywidualne ścieżki. Uczestnicy i uczestniczki pojawiali się w muzeum, przyglądali różnym rzeczom, zawsze mieli okazję o wszystko zapytać i po jakimś czasie spędzonym na różnych wydarzeniach mogli sobie jakąś własną ścieżkę wybrać.

Myślę, że potem z każdą edycją coraz lepiej rozumiałam, że uczestnicy i uczestniczki muszą mieć jeszcze bardziej aktywną rolę i współtworzyć program. Zamiast przekazywania wiedzy, wspólne jej generowanie, wynikające z bycia razem, ze spotkania się różnych osób. To też wiąże się z moim rozwojem jako edukatorki. Na początku wydawało mi się, że najważniejsze jest przekazywanie wiedzy. Ale rozwój zawodowy przekształcił moje myślenie o tym, czym w ogóle jest edukacja, w jaki sposób ją wymyślać i projektować. Zamiast skupiania się na tym, co ja mam do powiedzenia, nauczyłam się tworzenia takich sytuacji, w których inni chcą do mnie i do innych mówić.

O jak dużej grupie mówimy? Kiedy pracowała Pani indywidualnie z każdym, to musiało być bardzo angażujące czasowo.

To był szalony czas w moim życiu, a projekt był bardzo angażujący. W fazie, w której przechodziliśmy do działań, to była grupa dwudziestokilkuosobowa, jednak nie każdy był w niej tak samo aktywny. Niektórzy mówili, że chcą przychodzić na zajęcia i widywać się z grupą, ale mają za dużo rzeczy w szkole i nie podejmą się wyzwań specjalnych. To też było ok. Zawsze mniej więcej w lutym odpływali nam maturzyści, którzy zabierali się za naukę na ostatniej prostej. W programie panował duży luz, bardzo mi na tym zależało. Nawet grupa, która została zrekrutowana i zapisana, pojawiała się rotacyjnie na wydarzeniach. Jedni przychodzili we wtorki, inni w czwartki…

Czy był ustalony rytm, że są to spotkania odbywające się w konkretny dzień tygodnia, trwające określony czas?

Na początku tak. W pierwszych edycjach kiedy zaczynaliśmy projekt, uczestnicy dostawali ode mnie program rozpisany na miesiąc-półtora, aby mogli zobaczyć, co planujemy. Ale zachęcałam ich do tego, aby zgłaszali mi swoje pomysły oraz mówili o miejscach, które są dla nich ciekawe w Warszawie. Oprócz tego, że spotykaliśmy się w muzeum i zajmowaliśmy naszą kolekcją i wystawami, to jeszcze zwiedzaliśmy różne wystawy w Warszawie. Byliśmy grupą z instytucji i zawsze starałam się załatwić ciekawą osobę, która nam pokaże inne muzeum. To zawsze cieszyło się dużą popularnością, zwłaszcza spotkania z artystami. Co do ram czasowych, to rzeczywiście umawialiśmy się, że spotkanie potrwa maksymalnie dwie godziny – czasem kończyliśmy wcześniej, ale oni i tak potem stali pod muzeum i rozmawiali już tylko we własnym gronie. Podsumowując, plan był zawsze z wyprzedzeniem, podane były konkretne daty i godziny, ale też traktowaliśmy go elastycznie, to znaczy, że zawsze mogło się w nim coś zmienić. Gdy w kolejnych edycjach pracowaliśmy nad czymś konkretnym, nie zawsze był to stały rytm, bo skupialiśmy się na zadaniach.

A czy czynnik towarzyski również był ważny? Czy to było przez niektórych uznawane jako forma spędzania czasu, niekoniecznie zdobywania wiedzy?

Tak, zdecydowanie! W rekrutacjach zawsze umieszczałam w formularzu pytanie: „Dlaczego chcesz wziąć udział?” Bardzo często, wraz z innymi motywacjami, pojawiało się hasło: „Chcę poznać nowych ludzi”. Miałam wrażenie, że to dla nich strasznie ważne. Oni naprawdę się lubili. W ramach różnych edycji powstawały mniejsze lub większe grupki znajomych. Towarzysko to bardzo fajnie działało. Muszę się przyznać, że ja też weszłam z nimi w relację towarzyską. Próbowałam trochę wyjść poza rolę pani z muzeum i przystałam na „ich warunki”. Na przykład bardzo szybko okazało się, że z komunikacja mailowa nie za bardzo im odpowiada. Usłyszałam, że maile są dla starych ludzi. Przyjęliśmy model hybrydowy, ja wciąż rozsyłałam dłuższe maile i wysyłałam harmonogramy, ale odpowiedzi, prośby, pytania dostawałam na prywatnym Messengerze. Możliwe, że zwariowałabym dzisiaj, gdybym dostawała tyle wiadomości (zwłaszcza w środku nocy i weekendy), ale wtedy byliśmy dzięki temu w stałym, bezpośrednim kontakcie, co też znosiło dystans między mną a nimi. Z jednej strony jest potrzeba rozgraniczania życia prywatnego od zawodowego, a z drugiej wiem, że osoby z WWM [Wejdź w muzeum!] wiedziały, że mogą się do mnie w każdej sprawie zwrócić i to była szalenie przyjemna myśl.

A jak to postępowało dalej, w kolejnych edycjach? Czy próbowała to Pani bardziej rozgraniczać, strukturyzować? Patrzyła, co działa, co cieszy się zainteresowaniem, a co nie?

Ciągle miałam niedosyt. Chciałam wprowadzić wyraziste „tematy” dla konkretnych edycji, czułam, że to będzie miało jeszcze większy sens, jak będziemy badać jakieś zagadnienie. Poczułam, że może to wszystko jest za bardzo chaotyczne – zwiedzamy różne warszawskie miejsca, mamy mnóstwo tematów historyczno-sztucznych i ogólnokulturowych, emesenowe [MSN, Muzeum Sztuki Nowoczesnej] wystawy i jeszcze inicjatywy własne uczestników i uczestniczek. Szczerze mówiąc o tym projekcie trudno prosto i krótko opowiedzieć, tyle się działo. I tak jedna z edycji odbyła się pod szyldem „wielokulturowość”. Mieliśmy wtedy warsztaty antydyskryminacyjne oraz spotkania nastawione na konkretne problemy, bardzo dyskusyjne. Później jednak w ewaluacji tej tematycznej edycji wyszło, że wszystkim bardziej się podobało, kiedy to była edycja o wszystkim. Że młodzież nie miała potrzeby strukturyzowania czy nadawania konkretnej ścieżki. Bardziej podobała im się otwartość, więc porzuciłam mój koncept i wróciłam do twórczego „chaosu”.

Później chciałam też, żeby efektem naszego procesu było coś konkretnego. Chciałam, żebyśmy nad czymś popracowali – wspólnie uczyli się, tworzyli, planowali, dzielili się zadaniami. W kolejnych edycjach zaczęłam coraz bardziej dopuszczać formaty, w których sama nie czuję się mocna – dlatego zapraszałam różne osoby do współtworzenia i współprowadzenia zajęć. Dobrym przykładem są zajęcia choreograficzne. To już nie tylko rozmawianie, wymiana, obserwowanie siebie nawzajem, praca na relacjach, ale też przełamywanie barier. To były zajęcia z Marią Szydłowską, która ma bardzo współczesne podejście do choreografii. Jesteśmy w muzeum, wchodzimy do sali i zaczynamy tańczyć. Maria używała takiej muzyki, jakiej chcieli uczestnicy. Praca z ciałem przełamywała różne ograniczenia, była bardzo otwierająca na własne odczucia i obserwacje. Kiedy zaczynaliśmy, pomyślałam sobie, że najbardziej skrepowaną i pozamykaną osobą jestem ja!

Ewolucja kolejnych edycji wiązała się z rozumieniem, że trzeba próbować różnych kanałów i dawać młodzieży coraz więcej przestrzeni do współtworzenia. Nieustannie dawać im poczucie, że nie są tylko odbiorcami, ale że współtworzą treść. Zwieńczeniem edycji choreograficznej był performance, który zrobiliśmy na wystawie. Uczestnicy i uczestniczki WWM byli artystami i artystkami.

On był otwarty dla publiczności?

Tak, to się odbywało w przestrzeni wystawy i zrobiło duże wrażenie na publiczności. Z każdą edycją starałam się coraz bardziej zwiększać ich zaangażowanie. We wszystkich sytuacjach, kiedy muzeum organizowało coś i potrzebowało wsparcia, staraliśmy się, żeby to była dla nich opcja działania. Trzeba też powiedzieć o tym, że w zespole instytucji zawsze mieliśmy jednogłośną otwartość na wszelkie inicjatywy grupy młodzieżowej i nigdy nie było problemem włączenie wymyślanych czy prowadzonych przez nich wydarzeń do programu publicznego. Performans, pokaz mody, dyskusja z artystką, warsztaty międzypokoleniowe, warsztaty dla dzieci, oprowadzania – przez kilka lat dużo odbyło się takich wydarzeń.

Wspomniała Pani też, że była chęć, aby w tych kolejnych edycjach powstawało coś konkretnego. Performans był takim konkretnym efektem. Czy w innych edycjach powstało jeszcze coś, co grupa robiła wspólnie?

Opowiem o dwóch rzeczach, które udało nam się zrobić i były fascynujące. Zrobiliśmy sobie wspólnie identyfikację projektu. W tym procesie pomógł nam świetny grafik Piotr Chuchla, który najpierw wprowadził nas w zagadnienia związane z projektowaniem graficznym, brandingiem, tworzeniem znaku. Przeszliśmy przez kilka etapów – zastanawialiśmy się, czym jest WWM, określaliśmy wartości projektu, tworzyliśmy brief, potem robiliśmy research szukając różnych znaków i inspiracji. Następnie w grupie udało nam się stworzyć kilka projektów, wspólnie dokonaliśmy syntezy, a Piotr pomógł nam stworzyć ostateczny kształt i przenieść go do plików. Nikt z nas nie uczył się programów graficznych, cały proces przebiegał analogowo, warsztaty z Piotrem były manualne, dzieliliśmy się swoimi szkicami wykonanymi ołówkiem. Wisienką na torcie była produkcja gadżetów. Używając naszej identyfikacji, zrobiliśmy piękne torby i notesy, które trafiły do uczestników. Do dzisiaj, jak widzę kogoś z tą torbą, to od razu wiem, że to nasz człowiek!

Natomiast w ostatniej edycji bardzo chciałam pracować z młodzieżą poprzez medium tekstu. Mam wrażenie, że to, jak młodzi ludzie muszą pisać w szkole, jest dla nich kompletnie nieatrakcyjne, tematy są oderwane od ich świata. Latem 2019 roku otworzyła się w muzeum wystawa malarstwa „Farba znaczy krew”. Było na niej bardzo dużo intymności, tematów takich jak przemoc i seksualizacja kobiet. Edycja otrzymała tytuł „Jak opowiedzieć siebie?” Przez chwilę myślałam, że być może powinna to być edycja skierowana tylko do dziewczyn, abyśmy komfortowo mogły rozmawiać o różnych sprawach, które są trudne. Ale później zorientowałam się, że to właśnie najgorszy pomysł przypominający zamykanie się w pokoju i szeptanie w dziewczyńskim gronie. Edycja była jak zawsze otwarta dla wszystkich, z powodu wakacji była to kameralna grupa. Wystawa prowokowała między nami dyskusje o różnych problemach i obawach, z którymi mierzymy się w interakcjach społecznych – zwłaszcza tych międzypłciowych. Sprawdzaliśmy, co w nas wywołują dzieła, jak je rozumiemy, a wszystko, na co patrzyliśmy, filtrowaliśmy przez własne odczucia. Robiliśmy ćwiczenia, w których bazując na słowie, na języku, mogliśmy różne rzeczy wydobyć. Po serii ćwiczeń z mapowania pojęć i słów, wybraliśmy pięć, które stały się hasłami tematycznymi dla wypowiedzi literackiej. Były to tożsamość, kara, kruchość, wolność, przytłoczenie. Podczas warsztatów z artystkami, które profesjonalnie zajmują się kolażem, uczestnicy i uczestniczki zobrazowali wizualnie te pojęcia, a później, indywidualnie, w domu napisali teksty. Na kolejnym etapie mieliśmy jeszcze warsztaty z Martą Przybył, kuratorką programu edukacyjnego w MSN. Pokazała nam, jak z tego, co już stworzyliśmy, możemy zrobić publikację. I znowu projektowaliśmy wszystko ręcznie. Uczestnicy byli odpowiedzialni za wymyślenie, jak ta publikacja ma wyglądać i jak rozłożone zostaną treści, a potem Marta złożyła wszystko w pliku bazując na makietach, zgodnie z zamysłem grupy. „Subiektywny leksykon” wydrukowaliśmy w niedużym nakładzie i był nawet w sprzedaży w muzeum. Można go było nabyć, wejść z nim na wystawę i przeczytać, co czuje i jakie pytania sobie stawia autorka lub autor patrząc na dany obraz. Ten proces zakończył się, jak widać, bardzo materialną rzeczą, a ja byłam bardzo dumna z tekstów napisanych z ogromnym, emocjonalnym zaangażowaniem.

A czy to, że jakaś część grupy zainteresuje się głębiej pracą w muzeum albo że pójdzie na związane z tym studia, również było Pani założeniem? Chciała Pani do tego doprowadzić, czy to się samo stało?

Kiedy zaczynaliśmy, myślałam po prostu, że fajnie jest pokazać instytucję od kuchni, bo to może dać młodym ludziom wyobrażenie, kto i jak pracuje w muzeum. Ciągle odwoływałam się do własnych doświadczeń. Będąc w liceum, nigdy bym nie pomyślała, że muzeum to w ogóle miejsce dla mnie, nic o tym nie wiedziałam, a lekcje muzealne, w których uczestniczyłam jako nastolatka, bardzo mnie nudziły. Pomyślałam, że to jest dla tych nastolatków dobry czas, żeby zobaczyć, jak działa kultura, jak dużo różnych osób ją tworzy i jak różne drogi można obrać myśląc o jakimś „artystycznym” zawodzie, czy po prostu swoich pasjach. Ale nigdy w muzeum nie zakładaliśmy, że robimy ten program po to, by wesprzeć osoby, które myślą o Akademii Sztuk Pięknych. To ciekawe, bo przy okazji tego projektu często ktoś pytał mnie o to, czy to są nastolatki z „talentem plastycznym”. Nigdy nas nie interesowała w muzeum taka kategoria. WWM jest o tym, że sztuka to nie są tylko lekcje rysunku dla utalentowanych. Sztuka jest narzędziem – do myślenia, rozmawiania, odkrywania świata, poznawania siebie i innych, jest dla każdego.

Pamiętam, że często rozmawialiśmy o planach uczestników i uczestniczek. To zawsze był temat rzeka, chcieli o tym rozmawiać. Niektórzy rozważali historię sztuki albo ASP. Inni jednoznacznie odcinali się od sztuki w kontekście zawodowym i wybierali się na kierunki związane z przedmiotami ścisłymi. To się rozkładało w każdej grupie mniej więcej pół na pół. Nie zakładałam wspierania ich w wyborze drogi życiowej, ale szybko zobaczyłam, że to jest na tyle ważny temat, że nie sposób go zignorować na zajęciach.

Z pierwszej edycji wyłoniła się grupa, która była pierwszym rocznikiem na nowo otwartym kierunku Zarządzanie Kulturą Wizualną na ASP. Zachęcałam ich do tych studiów, bo to jest bardzo ciekawe połączenie historii sztuki i różnych kompetencji praktycznych. Te studia mają ciekawy program przygotowujący do pracy w kulturze. Opowiadali mi, że na rozmowie kwalifikacyjnej mówili o tym, co robią w ramach „Wejdź w muzeum!”. Ten program stał się dla nich nawigacją, pomógł zobaczyć, jakie tematy ich interesują.

Czy ten projekt się wygasił, czy Pani z niego odeszła?

W jakimś sensie tak. Od jakiegoś czasu nie jestem już etatową pracowniczką muzeum. Ale to też nie jest tak, że młodzieży w muzeum nie ma. Jest na to teraz po prostu inny pomysł. Programy i projekty zostały nieco przeformułowane. Nie funkcjonuje już WWM, ale wciąż w muzeum działa świetny program wolontariacki. Zgłaszająca się młodzież również może liczyć na indywidualne podejście, może włączać się w różne inicjatywy instytucji i tworzyć swoje ścieżki aktywności.  

Czyli był to Pani autorski projekt przypisany do osoby, a nie część stałego programu instytucji?

To był zdecydowanie autorski projekt, ale biorąc pod uwagę fakt, że toczył się z różną częstotliwością i intensywnością aż przez sześć lat, to wrósł mocno w samo muzeum. Teraz instytucja wciąż odpowiada na potrzeby młodzieży, otwiera dla tej grupy różne możliwości, ale dzieje się w ramach kilku różnych zadań, na przykład jak we wspomnianym programie wolontariatu „Działaj z muzeum” albo w międzyinstytucjonalnym projektcie „Kultour”.

23 października 2020

Zdjęcia udostępnione przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie