W muzeum wszystko wolno

MUZEUM NARODOWE W WARSZAWIE

„W muzeum wszystko wolno” to tytuł wystawy czasowej zorganizowanej przez grupę dzieci w Muzeum Narodowym w Warszawie – w głównej przestrzeni wystaw zmiennych o powierzchni 600 m2, w jednym z najważniejszych polskich muzeów. Grupa 69 kuratorów w wieku 6–14 lat wybrała dzieła z muzealnych magazynów, wymyśliła temat i narrację, pracowała nad aranżacją, katalogiem, nagrała materiał do audioprzewodników, udzielała wywiadów, oprowadzała gości.

Praca nad wystawą trwała rok. W tym czasie co tydzień w soboty, z wyjątkiem wakacji i ferii, grupa zjawiała się w muzeum na kilka godzin, aby pracować nad koncepcją i produkcją wystawy. Kuratorzy pracowali w grupach, z których każda tworzyła część wystawy w jednej z sześciu sal – każda z nich miała swój indywidualny tytuł i aranżację, „Las”, „Taniec Minotaura”, „Pokój strachów”, „Gra w bohatera”, „Skarbiec”, „Zmiany”.

Koordynatorzy projektu podkreślali, że nie jest to wystawa dziecięca ani dla dzieci, lecz wystawa dla wszystkich, na której swoją perspektywę zbiorów MNW zaproponowały dzieci. To perspektywa nieobarczona znajomością historii sztuki, kanonów, estetyki, bazująca na świeżym spojrzeniu i interpretacjach nieodnoszących się do wiedzy historyka sztuki.

Zgodnie z pierwotnym zamysłem dr Agnieszki Morawińskiej, ówczesnej dyrektor MNW, wystawa ta miałaby się stać swojego rodzaju projektem pilotażowym, który zostanie podjęty przez inne polskie muzea.

Grupa dziecięcych kuratorów wchodzi na budowaną wystawę. Fot. P. Grochowalski

Z Bożeną Pysiewicz, kustoszką z Muzealnego Centrum Edukacji Szkolnej, współkoordynatorką projektu, a w czasie jego trwania zastępczynią kierownika Działu Edukacji, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

„W muzeum wszystko wolno” to największy, najgłośniejszy, najlepiej udokumentowany i zbadany muzealny projekt partycypacyjny w Polsce. Czy od samego początku myśleli Państwo o nim z takim rozmachem?

Tak, miałyśmy poczucie, że muzeum w pełni otworzyło się na ten projekt, że to nie będzie działanie na zasadzie półśrodków czy wypełnienia luki, tylko od początku ze strony dyrekcji dostałyśmy sygnał, że jest to pełnoprawna wystawa czasowa, tylko zrobiona w inny sposób. Rzeczywiście od początku miałyśmy pełną świadomość, że będzie to coś wyjątkowego, na bardzo dużą skalę. Odpowiedzialność w myśleniu o tym projekcie spowodowała, że zaplanowałyśmy dokumentację, która powstawała w ramach poszczególnych etapów. Wiedziałyśmy, że muszą nam towarzyszyć fotografowie, w miarę możliwości filmowiec (dzieci szybko się do nich przyzwyczaiły i te osoby były właściwie niewidoczne) i osoby pracujące nad ewaluacją projektu, przyglądające mu się z zewnątrz. Na etapie planowania harmonogramu prac i ustalania budżetu te pozycje były uwzględnione.

Dlatego właśnie, że wiedzieli Państwo, że jest to eksperyment i dlatego warto go udokumentować? Bo przecież nie dokumentuje się w ten sposób procesu powstawania każdej dużej, nawet najbardziej wyjątkowej wystawy, liczy się efekt.

To wynikało z tego, że wcześniej przed przystąpieniem do realizacji, szukałyśmy czegoś podobnego, w Polsce i na świecie. Projektu na taką skalę nie znalazłyśmy. Rzeczywiście ta świadomość, że nie wiadomo, co się zadzieje, czy uda się projekt doprowadzić do końca, jaki będzie ostateczny efekt, sprawiła, że pojawiła się myśl, że chcemy to mieć udokumentowane. Niezależnie od efektu. Mieliśmy lutową datę otwarcia wystawy, natomiast wcale nie było pewne, że do niego dojdzie.

Dokumentacja była robiona po to, aby inni mogli z niej czerpać, uczyć się, inspirować, do własnych celów archiwizacyjnych, po to, aby się chwalić?

We wszystkich tych celach. Od początku zakładaliśmy, że wszystko będzie w pełni dostępne w sieci. Cały czas jesteśmy o ten projekt pytane. Interesują się nim zarówno osoby w kontekście socjologicznym, jak i projektanci wystaw – z jednej strony nowymi rozwiązaniami, które zaproponowały dzieci, a z drugiej otwarciem się muzeum na zupełnie inną aranżację przestrzeni. Cały czas dzięki temu, że mamy tę dokumentację, projekt może funkcjonować na różnych polach – być oglądany, opisywany, komentowany.

W badaniu ewaluacyjnym badacze zauważyli, że z uwagi na to, że projekt nie zakładał konkretnych efektów, trudno jednoznacznie dokonać oceny sukcesów i porażek. Czy te efekty celowo nie zostały sformułowane?

W momencie, kiedy zaprasza się publiczność do działań partycypacyjnych, trzeba być otwartym na to, co ostatecznie powstanie. Naszym jedynym wyznacznikiem było to, że powinna powstać wystawa. Z taką myślą były rekrutowane dzieci. Jednak na koniec i tak dzieci były bardzo zaskoczone. One przez wiele miesięcy myślały, że to jest na niby, że my się bawimy w tworzenie wystawy. Po feriach zimowych, jak weszły do przestrzeni, które były już pomalowane, częściowo pojawiły się gabloty, które oni zaprojektowali, to większość z nich była w prawdziwym szoku. Doskonale  pamiętam ten moment. Wówczas przekonali się  że to nie była zabawa w tworzenie ekspozycji, tylko że ona naprawdę  powstanie. Dwa tygodnie później był wernisaż.

Przystępując do pracy nad tym całym projektem, nie wiedzieliśmy, czy to będzie jedna wystawa zrobiona przez grupę siedemdziesięciorga dzieci, czy, jak to ostatecznie miało miejsce, sześć niezależnych ekspozycji. Celem była wystawa, ale nie było żadnych sugestii co do tematu, wyboru dzieł czy tego, jak to będzie wyglądać.

Wizyta w muzealnym Magazynie Tkanin. Fot. Mariusz Jakubowski
Wizyta w Magazynie Rzeźby Fot. Mariusz Jakubowski

Po co taki projekt wielkiemu narodowemu muzeum?

Aby burzyć dotychczasowe przyzwyczajenia, odważyć się zrobić nieoczywisty krok, pokazać, że jesteśmy gotowi na zmiany, eksperymenty.. Wynikało to również z tego, że dyrekcja chciała zrobić coś nowego, chciała zaryzykować, nie bała się, nie była zachowawcza. My również jako koordynatorki, wraz z Anią Knapek oraz zespołem edukatorów chciałyśmy wkroczyć na tą drogę. To była wielka niewiadoma, zboczenie z utartych ścieżek, odrzucenie dotychczasowych sposobów tworzenia wystawy, tego, kto wystawę powinien przygotowywać  i po co ona powstaje.

Dziś   nie wyobrażam już sobie innego sposobu pracy niż ten, aby na różnych polach oddawać głos publiczności. Również po to, aby codziennie sobie uświadamiać, że nie jesteśmy wszechwiedzącymi, że nasz punkt widzenia przez to, że od wielu lat jesteśmy w tej instytucji, jest ograniczony, że nie wpadniemy na pewne pomysły. Mamy swoje zasoby, wiedzę, znajomość zbiorów, ale też znajomość schematów. Ten projekt pozwolił nam  się od tych schematów odbić, przekroczyć je.

Co mogło pójść nie tak? Co muzeum ryzykowało?

Zdałam sobie sprawę z tego ryzyka dopiero, jak to się udało. Wcześniej nie dopuszczałam do siebie myśli, że może się nie udać. Przede wszystkim szalenie ryzykowne było zaproszenie grupy siedemdziesięciorga dzieciaków do tego, aby przez ponad pół roku co tydzień na cztery godziny przychodziły do muzeum. Uznałam po prostu, że na pewno  im się spodoba i będą systematycznie uczestniczyć w spotkaniach. Ale doskonale wiemy, że natura dziecka jest bardzo zmienna. Dzieci próbują różnych zajęć dodatkowych, jedno się spodoba, inne nie. A nie możemy nikogo do udziału w projekcie przymusić, żadnym regulaminem. Grupa mogła nam się wykruszyć. Co miesiąc dzieci mogło być mniej, z różnych powodów – komuś coś się nie spodobało, nie znalazł kolegów. , ktoś zachorował, przeprowadził się, zmieniała się sytuacja rodzinna i nie mógł przyjeżdżać w każdą sobotę do muzeum.. Mogło się wydarzyć cokolwiek. I co wtedy? Najbardziej nieprzewidywalnym czynnikiem byli więc sami uczestnicy. Tylko trójka zrezygnowała, więc to był nasz sukces, że udało nam się stworzyć na tyle przyjazną atmosferę, na tyle dzieci dobrze się czuły i zintegrowały, że chciały do końca uczestniczyć w tym projekcie.

Czy rozmach, liczba uczestników, nie była problemem? Wystawę mniejszą, opartą na tych samych zasadach, mogła budować mniejsza grupa dzieci.

Dostałyśmy 600 m2 i teraz prosty przelicznik: sześć dużych sal i każda po około 100 m2. To była czysta matematyka. W jakiej grupie dobrze się pracuje? Między dziesięć a dwanaście osób. Więc mnożymy sześć sal razy dziesięć do piętnastu osób, zakładając, że ktoś może zrezygnować. W ten sposób wyszła nam grupa siedemdziesięciorga osób. Gdybyśmy dostały jedną salę do zagospodarowania, to byłaby to mniejsza grupa. Ale tak akurat plan wystaw wyglądał, że cała przestrzeń była w tym momencie niezagospodarowana. W toku rozmów w zespole stwierdziliśmy, że będziemy działać w sześciu zespołach po około dwanaście osób. Na początku nie wiedzieliśmy, czy te zespoły będą pracować razem czy osobno. Ale szybko  okazało się, że zespół dwunastoosobowy tworzą tak różne indywidualności, że aby się dogadać, trzeba robić głosowanie i używać argumentów do przekonywania innych, więc poprzestaliśmy na tym etapie. Później oczywiście grupy dyskutowały. Było wiele sytuacji, w których grupy wybrały ten sam obiekt na różne wystawy. Nawzajem musieli negocjować i przekonywać, dlaczego do tej wystawy dane dzieło jest bardziej potrzebne.

Czy może Pani opowiedzieć o komponencie partycypacyjnym? Do czego dzieci zostały zaangażowane? Jaki mógł być ich wkład w powstającą wystawę? W którym momencie wkraczali dorośli?

Mieliśmy otwartą rekrutację osób, które potem przypadkowo na zasadzie losowania podzieliliśmy na sześć zespołów. Każdy zespół otrzymał swojego tutora, naszego edukatora, który ich prowadził. Celem było stworzenie wystawy oraz wszystkiego, co z się z nią wiąże. W pierwszym etapie dzieci musiały poznać zbiory muzeum, z jednej strony galerię, a z drugiej to, co jest w magazynach. Wszystkie grupy odwiedzały magazyny, najpierw, aby zorientować się w tym, co w muzeum po prostu jest. To były trzy intensywne soboty. Każda grupa wchodziła na 30-40 minut do każdego magazynu, tam poznawali opiekunów zbiorów i dzieła, które przechowywane są w danym magazynie.. Po tych pierwszych spotkaniach w obrębie swojej grupy mieli zadecydować, co ich najbardziej interesuje, jakie obiekty, i wstępnie o czym ta wystawa będzie mówić. Wiadomo było, że robimy wystawę z naszych zbiorów, że nie wypożyczamy obiektów z innych kolekcji. Kolekcja Muzeum Narodowego w Warszawie jest ogromna, to blisko milion eksponatów ze wszystkich okresów, wykonanych z różnych materiałów i różnymi technikami, pochodzących  z całego świata. Musieli więc zadecydować o czym, co i jak pokażą.

Kolejnym etapem była praca nad  scenografią. Dzieci wykonały  pierwsze projekty, a następnie zaprosiliśmy projektantów, którzy mówili, co jest możliwe, a co nie. Czy można zrobić podkop pod muzeum, aby tam umieścić skarbiec, czy on musi powstać w sali? A jeśli w sali, to jak? Odnosząc się do szalonych, nieograniczonych pomysłów aranżacyjnych  dzieci projektanci mówili, jakie mają materiały i z czego mogą coś zbudować. Po tych spotkaniach projektanci przedstawili swoje projekty do akceptacji. Wiele razy było tak, że dzieci powiedziały, że to nie pasuje do ich koncepcji. Na przykład skarbiec na początku projektanci zaprojektowali w formie zamku księżniczki, bo akurat w tej grupie było dużo dziewczynek. Dzieci powiedziały, że to się do niczego nie nadaje i ostatecznie projektanci musieli wrócić z kolejnymi projektami.

Kolejny etap, nad którym pracowały dzieci, to przygotowanie podpisów do dzieł –  ich subiektywnych  opisów. Czasami były to też do podpisy nie wprost. W sali „Pokój strachów”, aby dowiedzieć się, kto obraz namalował, trzeba było rozwiązać szyfr. Tabliczki zawierały więc zaszyfrowane informacje.

Kolejny etap to nagrywanie opowieści do audioprzewodników. Grupy również tutaj miały pełną swobodę. Niektóre nagrały opowieści do pojedynczych dzieł, a inne  całą opowieść przypominającą bajkę o ich wystawie.. Jedna grupa stwierdziła, że chce mieć film na wystawie, czego nie planowaliśmy. To grupa z sali „Labirynt Minotaura”. Cały czas podążaliśmy za ich pomysłami, realizując wszystko, co tylko było możliwe.

Wszystkie grupy  mówiły, że na wystawie musi się coś dziać. Że publiczność ma nie tylko oglądać dzieła, ale wykonywać zadania. Kolejna grupa stworzyła wielką multimedialną krzyżówkę z hasłami, które odnosiły się do dzieł prezentowanych na ich wystawie. To była „Gra w bohatera”.

Uczestnicy projektu wymyślili gadżety towarzyszące wystawie. Były różne pomysły. Ostatecznie powstały przypinki odwołujące się do dzieł sztuki i wzmacniające dziecięcą odwagę, na przykład „Medal za dziecięcą odwagę sfinksa Totmesa”. Było to przerysowane dzieło z wystawy. Projekty dzieci zafunkcjonowały w formie niewielkich przypinek, pamiątek z wystawy.

Dzieci napisały i zaprojektowały druki towarzyszące wystawie. A po otwarciu ekspozycji oprowadzały publiczność  i animowały  zajęcia warsztatowe  

Tak więc dziecięcy kuratorzy  zrobili znacznie więcej niż kuratorzy muzealni. To oni byli  autorami treści komunikacyjnych i druków, byli zespołem edukacyjnym, zespołem projektantów scenografii, zespołem opowiadającym o wystawie w audioprzewodkach, aktorami w filmie, ekipą montażową.

My staraliśmy się za nimi podążać. Oczywiście gdyby w którymś momencie powiedzieli, że coś ich nie interesuje, to to by nie zafunkcjonowało lub może zrobiliby to dorośli. Mam wrażenie, że wszystkie obszary, które w jakiś sposób zainteresowały dzieci w muzeum, oddaliśmy im do dyspozycji i działań, ponosząc za to odpowiedzialność. Podam przykład, zeskanowane napisy, które pojawiły się na ścianach, wzbudziły bardzo dużo kontrowersji u osób dorosłych – komentowali, że to jest niezgodne z ortografią, typografią, poskreślane, mało estetyczne. W książce muzealnych skarg i opinii pojawił się nawet wpis, że jest to „wypaczony sposób edukacji muzealnej. Zgroza”.

Dziecięcy kuratorzy prezentują koncepcje swoich wystaw Dyrektor MNW Agnieszce Morawińskiej. Fot. Patryk Grochowalski
Nagranie filmu do wystawy na muzealnym strychu. Fot. Mariusz Jakubowski
Rejestracja filmowa i dźwiękowa. Fot. Patryk Grochowalski

Projekt był ogromnym wyzwaniem logistycznym dla muzeum. Czy było warto?

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że tak. Ale wraz z upływem czasu zmienia się też nasze podejście, mam na myśli moje i Ani Knapek, ponieważ my dwie byłyśmy w ten projekt najbardziej zaangażowane. Kiedy projekt się skończył, byłam przekonana, że ten etap jest już za mną, że oddaję pole innym, chcę służyć doświadczeniem, pomagać, ale potrzebuję czasu, aby to uporządkować i wyciągnąć wnioski dla siebie i swojej pracy.. Okazało, się jednak dość szybko, że wszystkie działania związane ze współpracą z publicznością podejmuję wykorzystując doświadczenie związane z „W muzeum wszytko wolno” Odsuwam się trochę w cień i przekazuję  głos, inicjatywę publiczności – nauczycielom, uczniom, wolontariuszom. To nie pracownik muzeum jest głównym przekazicielem treści, tylko jest to odpowiedź na to, z czym przychodzi do nas publiczność. Ta myśl ze mną została.

Jak Pani ocenia ferment, jaki ten projekt wywołał? Czy w ogóle można mówi o fermencie? Czy tego się Pani spodziewała? Czy czegoś więcej?

Zostało to włożone w pewne schematy i stereotypy, czyli że dzieci robią wystawę dla dzieci. To jest łatwa klisza, w którą projekty angażujące dzieci są wkładane. Mnie osobiście zabrakło poważnego namysłu nad tym, co dzieci przez tę wystawę i przez te tematy chciały powiedzieć. Dziennikarze bardzo chętnie zapraszali młodych kuratorów do wywiadów radiowych i telewizyjnych, ale dzieci same mówiły, że to jest infantylne, że oni są poważni, chcą mówić o ważnych tematach – czym dla mnie jest bohaterstwo, czego się boję, na czym polegają zmiany w życiu i historii. Łatwiej, wygodniej, prościej było mówić o świecie dziecięcym z perspektywy kreskówki, a nie tego, że dzieci są doskonałymi obserwatorami sytuacji społecznej i rodzinnej. To, że forma zdania  wypowiadanego przez dziecko z naszego punktu widzenia nie jest w pełni poprawna stylistycznie, nie zmienia istoty rzeczy, sensu, który jest tam podjęty. Ferment był bardzo duży, ale projektowi nadal można się przyjrzeć na przykład z perspektywy psychologii dziecka, jego odbioru rzeczywistości. Z jednej strony to był eksperyment muzealny, doświadczenie dla pracowników muzeum, ale też bardzo ciekawe było dowiedzenie się, co dzieci dostrzegają, co jest dla nich ważne, co chcą za pomocą sztuki, którą wybrały, powiedzieć nam o świecie. Tego mi zabrakło. Było to skupienie na nowoczesnej partycypacji i oddaniu głosu publiczności, ale teraz trzeba iść dalej  zobaczyć, co dzieci chcą powiedzieć dorosłym o świecie, życiu, postawach. Co dostrzegają, co myślą, co jest dla nich ważne. W projekcie „W muzeum wszystko wolno” zrobiły to za pomocą wybranych dzieł i przygotowanych przez siebie wystaw. . Dla mnie ciekawe byłoby to, aby udział publiczności był narzędziem do skupienia się na tym, co publiczność chce nam powiedzieć za pomocą dzieł sztuki. Sama partycypacja jest pewnego rodzaju narzędziem, które buduje treści.

A co działo się już po zakończeniu wystawy? Czy zauważyła Pani, aby inne instytucje czerpały z tego projektu?

Tak,  na przykład Muzeum Sztuki w Łodzi, chociaż oni też robili inne rzeczy przed nami, czy  Muzeum Narodowe w Krakowie. Podjęcie takich działań musi być dostosowane do instytucji, jej możliwości i temperamentu osób, które chcą podejmować takie projekty Nie nazywałabym zresztą tych działań już pojedynczymi projektami. Wydaje mi się, że nastąpiła zmiana myślenia. Partycypacja zaczyna być stałym sposobem działania w obrębie różnych zespołów muzealnych. To może być zespół edukacyjny, ale nie tylko. Partycypacja może być narzędziem, aby słuchać publiczności, by ją zapraszać do działania, aby byli nie tylko uczestnikami, ale również inicjatorami działań muzealnych.  Myślę, że jesteśmy na drodze zaakceptowania faktu, że instytucje państwowe czy samorządowe są własnością publiczności. Naszą rolą jest przekonanie publiczności, że to jest ich. Wielu pracowników już to wie, kolejnym etapem jest ośmielenie publiczności do działania. To, że nie mają wiedzy z zakresu historii sztuki czy danej epoki nie jest problemem, bo to jest zasób muzeum, który możemy dać, chcemy natomiast zaprosić do prawdziwej partycypacji, nie tylko uczestnictwa w wydarzeniach.

Realizacja projektu „W muzeum wszystko wolno” była lekcją jeśli chodzi o model pracy. Jak zatem wyglądały późniejsze projekty edukacyjne? Co się zmieniło?

W zależności od tego, jakie dostawałam zadanie muzealne, starałam się wykorzystać swoje wcześniejsze doświadczenie. Na przykład lekcje dla młodzieży, przede wszystkim maturzystów, związane z rocznicą odzyskania niepodległości w 2018 roku, gdzie trzeba było podjąć temat patriotyzmu i niepodległości. Wymyśliłam zajęcia, które miały w pełni otwartą strukturę. Dla nas to utrudnienie, bo przygotowujemy wiele wersji scenariusza i wiele możliwości trasy w obrębie sztuki XX wieku. Na każdej lekcji uczestnicy byli pytani, jaką wybierają drogę – czy od 1918 do 1989 roku czy odwrotnie, a kolejne, zasadnicze pytanie brzmiało: Jaką rolę powinna pełnić sztuka w państwie po odzyskaniu niepodległości i jakie tematy podejmować? Każda klasa anonimowo spisywała tematy, które ich interesowały. Zauważyłam bardzo silne ciążenie tradycji romantycznej. Niezależnie od tego, gdzie jesteśmy i kim jesteśmy, młodzież przede wszystkim widzi samotnego bohatera, Kordiana czy Konrada. Chociaż jesteśmy już w XX wieku, to postrzegają artystę jako  samotnego wojownika zbawiającego ludzkość. W zależności od tego, jaką odpowiedź dawali na pytanie o sztukę w Polsce po odzyskaniu niepodległości  tak były budowane zajęcia Każda lekcja mogła więc wyglądać inaczej, dając poczucie, że to uczniowie są   jej autorami, a ja i inni prowadzący dostosowujemy się do ich wyborów i zainteresowań. Inny przykład to wystawa „Polska. Siła obrazu” i znowu zadanie przygotowania lekcji dla klas. Odwracamy sytuację i trzy miesiące przed otwarciem zapraszamy na cały dzień nauczycieli do muzeum, pokazujemy im ekspozycję i potem przez trzy godziny z nimi pracujemy, aby wypracować lekcje dla różnych grup wiekowych. Tak powstały cztery tematy zajęć, które na początku były realizowane stacjonarnie na wystawie, teraz  zostały w formie online. Dla starszych klas podstawówki jest na przykład temat „Zbuntowany jak Rejtan”, gdzie punktem wyjścia jest obraz Matejki , ale lekcja dotyczy  postaw i wyborów. Dla młodszych nauczyciele zaproponowali „Emocje w obrazach” – na podstawie dzieł sztuki na wystawie odczytywanie emocji danych postaci.

Ania Knapek postanowiła popracować z rodzinami i przygotowała projekt „Dobranocka w muzeum”, gdzie dzieło sztuki było punktem wyjścia do przygotowania bajki-animacji.

Powołana Dziecięca Rada Muzealna także była efektem doświadczeń z „W muzeum wszystko wolno”. Do wystawy dzieci przygotowały tak bogaty materiał, więc pomyśleliśmy sobie, żeby kontynuować te działania i zaprosić je, aby nas wsparły w opowieściach o galeriach stałych.

Czy to była ta sama grupa dzieci, która pracowała nad wystawą?

Nie, to były inne dzieci. Grupa liczyła piętnaście osób, kryterium rekrutacji było, aby w skład rady weszło jedno dziecko z każdej dzielnicy Warszawy. Ta grupa przygotowała audiorzewodniki dla dzieci po galeriach stałych. Również mieli pełną dowolność – wybierali dzieła, o których chcieli opowiedzieć, sami pisali teksty, a następnie użyczali swojego głosu w nagraniach.

5 listopada 2020

Sala Gra w bohatera z multimedialną krzyżówką. Fot. Patryk Grochowalski
Wernisaż wystawy. Fot. Patryk Grochowalski
Dziecięcy kuratorzy prowadzą zajęcia na swojej wystawie. Fot. Jacek Piotrowski
fot. Bartosz Bajerski

Raport z ewaluacji projektu

Film z sali „Taniec Minotaura”

Nagrania z seminarium „Jak to się stało, że W Muzeum wszystko wolno”, 18 kwietnia 2016