Lokalne pomysły muzealne

MUZEUM ŁAZIENKI KRÓLEWSKIE W WARSZAWIE

Projekt skierowany do sąsiadów muzeum, w którym na samym początku pojęcie sąsiada musiało zostać przedefiniowane, z uwagi na szeroką identyfikację z sąsiedztwem Łazienek wśród mieszkańców Warszawy. Zasadzał się na poznaniu sąsiadów i zbudowaniu mikro relacji. Narzędziem ułatwiającym nawiązanie rozmowy była wielka drewniana rama na kółkach, z którą zespół działu edukacji wyjeżdżał poza granice łazienkowskiego ogrodu, do okolicznych ulic, podwórek, osiedli. W kolejnym etapie do projektu angażowani byli wolontariusze z sąsiedztwa, którzy realizowali działania na rzecz swoich sąsiedztw. Na bazie tych doświadczeń i zdobytej wiedzy Dział Edukacji Muzealnej realizuje kolejne projekty.

Lokalne pomysły muzealne, fot. Alicja Szulc

Z Agatą Pietrzyk-Sławińską, kierowniczką Działu Edukacji Muzealnej, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

„Lokalne pomysły muzealne” zasadzają się na działaniach z sąsiadami i lokalnością. Kim są sąsiedzi muzeum? Jak muzeum ich definiuje?

W tym projekcie wyszło nam, że sąsiad Łazienek to bardzo szerokie pojęcie. Ogłaszając nabór na wolontariuszy do tego projektu, pisaliśmy, że zwracamy się szczególnie do osób, które są sąsiadami Łazienek. Okazało się wtedy, że ktoś, kto mieszka po drugiej stronie Wisły, też czuje się sąsiadem, tak więc ta definicja zaczęła się rozszerzać. W naszym pierwszym założeniu miały to być osoby mieszkające tuż za bramą, przy ulicach i na osiedlach, które znajdują się tuż za bramami naszego ogrodu. Siłą rzeczy w trakcie musieliśmy tę definicję poszerzyć. Nie jest zamknięta, podchodzimy do niej elastycznie, nadal trochę badawczo, cały czas sprawdzamy, kto poczuwa się do sąsiedztwa.

Pierwszy etap wyjazdów z mobilną galerią był skierowany do podwórek, które fizycznie graniczą z Łazienkami. Jechaliśmy tam, gdzie było to technicznie możliwe. „Nie ruszaliśmy” póki co strony od Alej Ujazdowskich, ponieważ to jest bardzo specyficzna część, reprezentacyjna, przelotowa. Skupiliśmy się na Sielcach, okolicy ul. Podchorążych i ul. 29 Listopada oraz okolicach Solca.

Czy wychodząc do sąsiadów, mieliście wizję, że na przykład chcecie dotrzeć do osób, które na co dzień do Łazienek nie chodzą lub też nigdy nie były, czy to nie miało znaczenia i chodziło po prostu o sąsiadów?

Faktycznie, zakładaliśmy, że trafimy na przykład na takie osoby, które może w Łazienkach bywają, ale w taki nie do końca „uświadomiony” sposób. Chcieliśmy porozmawiać z nimi o wartości tego sąsiedztwa. Dotarliśmy przy tej okazji do klubu seniora, który jest bardzo blisko Łazienek. W czasie rekonesansu zdaliśmy sobie sprawę, że osoby do niego uczęszczające niekoniecznie do Łazienek przychodzą, bo po prostu fizycznie nie są w stanie. Specjalnie trafiliśmy też na osiedle przy ul. 29 Listopada, gdzie znajduje się osiedle socjalne. Mieliśmy poczucie, że to są osoby, których nie widujemy w Łazienkach, które nie korzystają z naszej oferty. Chcieliśmy się z nimi spotkać i ich poznać.

Na czym polegał projekt? O co chodzi z ramą?

Stolarze z Łazienek Królewskich na naszą prośbę stworzyli ramę na kółkach, do której wyprodukowaliśmy plansze z reprodukcjami łazienkowskich obrazów. Każda plansza niosła ze sobą jakieś zadanie. Traktowaliśmy ramę jako rodzaj zagajenia do rozmowy o Łazienkach, kulturze, życiu, sąsiedztwie, Warszawie. Podróżowaliśmy z nią w różne miejsca – w okolice klubu seniora, nawiązaliśmy współpracę z bibliotekami lokalnymi, byliśmy na lokalnym, placu zabaw na osiedlu socjalnym, gdzie spędziliśmy kilka dni, na Sielcach byliśmy na zamkniętych podwórkach, gdzie mogliśmy wejść w społeczność i trochę z nią pobyć. Staraliśmy się w każdym miejscu być dwa razy. Na miejscu, trochę na zasadzie ulicznej animacji, budowaliśmy relacje, więzi. Pokazywaliśmy, że Łazienki mają ludzką twarz. Bo Łazienki niby są bliskie, ale jednak obiekty są odległe, z innej epoki, niektórzy w ogóle myśleli, że do obiektów się nie wchodzi i że dostępny jest tylko ogród. Z jednej strony chcieliśmy upowszechniać naszą kolekcję, pokazywać, co wartościowego jest w budynkach, a z drugiej, że muzeum to także konkretni ludzie.

Ważnym elementem projektu był osiemnastowieczny obraz, na którym widać pieska. Do Łazienek psy nie mogą wchodzić. W związku z tym dotarliśmy też do osób, które mieszkają blisko Łazienek, ale nie mogą do nich wejść, bo najczęściej na spacery chodzą z psami. Mieliśmy propozycję atelier fotograficznego, w którym można było sobie zrobić zdjęcie ze swoim psem. To kolejna, bardzo ważna grupa sąsiadów, która została przy okazji wydobyta. Rozmowy o psach to niekończące się rozmowy. Projekt realizowałam wspólnie z Anną  Zajdą. Kiedy rozmawiałyśmy o tym działaniu, to przypomniało nam się stwierdzenie Niny Simon, która mówiła, że obiekt muzealny może być trochę  jak pies – psy to dla spacerujących świetny pretekst do rozmowy. Obiekt muzealny może działać podobnie.  

Było mnóstwo sytuacji budowania mikro relacji Myślę, że to jest też sposób na budowanie wspomnień – małego, niecodziennego wspomnienia z Łazienkami, którego nie spodziewaliśmy się na swojej drodze. My oczywiście wywieszaliśmy ogłoszenia, że będziemy z ramą, ale ona nadal była czymś nowym i nieoczekiwanym.

Czy pojawiały się okazje do dłuższych rozmów, czy to raczej były szybkie spotkania w typie ktoś gdzieś szedł i na chwilę przystawał?

To jest bardzo pojemna formuła. Jeśli ktoś miał potrzebę tylko chwilowej relacji, to tak było, ale zdarzało się też tak, że siedzieliśmy cały dzień pod biblioteką na Sielcach i najpierw ktoś podszedł na sekundę, za dwie godziny wrócił znowu i był już nieco dłużej, i następnego dnia znowu przyszedł. Trzeba dawać ludziom czas, aby mogli w swoim tempie wracać i budować relacje. Formuła tego projektu na to pozwalała. Projekt miał kolejne etapy, dzięki czemu część relacji miała szansę się pogłębić.

Widzę tu jednocześnie duży potencjał do współpracy instytucji lokalnych. To, że my wyjeżdżamy i nawiązujemy małe czy dłuższe relacje z pojedynczymi osobami, to jest super, nigdy nie wiemy jak i czy to zaprocentuje. Natomiast instytucje lokalne to ogromna szansa na długotrwałą relację i współpracę.

Kolejnym etapem projektu po tym, jak zrobiliśmy ramę, był nabór wolontariuszy. Chodziło o to, aby były to osoby z bliskiej społeczności, które z naszą pomocą zrobią coś dla swoich sąsiadów. Muzeum miało być dla nich wsparciem merytorycznym i technicznym. Ponieważ dostaliśmy grant z MKiDN, to mieliśmy środki, aby coś takiego zorganizować. Mieliśmy kilkoro wolontariuszy, większość z nich mieszkała w bliskim sąsiedztwie Łazienek, ale w projekt zaangażowały się też osoby mieszkającej dalej.

W ramach kolejnego etapu, tak zwanych finałów, wolontariusze realizowali swoje działania.  Na przykład wolontariusz Marek przygotowywał wykłady dla klubu seniora dotyczące Łazienek. Marek pracował kiedyś w Dziale Edukacji w Łazienkach, obecnie jest na emeryturze. A poza tym mieszka bardzo blisko Muzeum. Zależało nam na tym, aby go zaangażować.

Podczas działania przy ul. 29 listopada korzystaliśmy ze wsparcia i współpracowaliśmy z miastem, które opiekuje się tym osiedlem. Razem z wolontariuszką Ulą, która mieszka niedaleko, zorganizowaliśmy mieszkańcom kolację czwartkową. Dowiedzieliśmy się, że dla nich sytuacja poczęstunku jest ważnym, społecznym elementem, dlatego chcieliśmy zorganizować coś w tym duchu. Pojawiło się całe menu inspirowane obiadami czwartkowymi, quiz związany z obiadami czwartkowymi, a sama kolacja odbyła się u nich w małej świetlicy. Kiedy przyjechaliśmy tam wcześniej z ramą, zorientowaliśmy się, że to są osoby, które do nas nie przychodzą. Na zajęciach edukacyjnych ich nie widzimy, być może bywają w ogrodzie. W związku z tym chcieliśmy symbolicznie przejść z nimi przez bramę Łazienek. Myśleliśmy, że to nie wypali, bo był listopad, było strasznie zimno, dużo rzeczy mogło się nie udać, a tymczasem był ogromny entuzjazm. Kolacja super nas rozgrzała, było bardzo miło i kiedy powiedzieliśmy, „Słuchajcie, idziemy do Łazienek”, wszyscy wzięli w ręce lampiony i po prostu poszli. Na zakończenie zrobiliśmy iluminację i grupowe zdjęcie w Starej Kordegardzie. Powtórzyliśmy potem jeszcze z nimi spotkania w Łazienkach. To sprawa ucięta przez pandemię, do której chcielibyśmy wrócić. To osiedle zostało już pozbawione rodzin z dziećmi, zostali tam sami starsi mieszkańcy, często w trudnej sytuacji życiowej. Póki tam są, fajnie by było, aby tą relację kontynuować i aby mogli skorzystać z naszej obecności. Specjalnie dla tej grupy zorganizowaliśmy w ubiegłym roku zwiedzanie Pałacu Myślewickiego. Z kolegą streetworkerem, który mocno wspiera tą społeczność, chodziliśmy od mieszkania do mieszkania, zapraszaliśmy każdą osobę, potem zbiórka, przyjście, poczęstunek. Warto takie małe sytuacje organizować.

Mieliśmy też finał, który zorganizowaliśmy z wolontariuszkami z Sielc. Na Sielcach działa bardzo mocna grupa lokalnych aktywistów i między innymi dla nich udało się zorganizować działanie w Pałacu na Wyspie, który na jeden wieczór mieli na wyłączność. Odbyły się warsztaty robienia kartek świątecznych inspirowanych dziełami sztuki z Łazienek, był drobny poczęstunek, choinka. Było bardzo miło, sąsiedzi spotkali się w Pałacu na Wyspie. Nie musieliśmy robić ogromnego  wysiłku promocyjnego, bo same wolontariuszki, które przy projekcie pracowały, Kinga i Natalia, zaprosiły swoich sąsiadów, i o to w tym chodziło.

Był jeszcze finał na osiedlu na przy ul. Dragonów. Przy okazji tego projektu okazało się, że na osiedlu, które jest dosłownie po drugiej stronie ulicy, są osiemnastowieczne rzeźby, które przejechały ze Śląska, by pełnić funkcję ozdoby budowanego w latach 60. i 70. XX w. osiedla. Po rozmowie z administracją osiedla okazało się, że spędzają im sen z powiek, bo nie mogą ich konserwować, nie mogą nic z nimi zrobić, bo nie ma ustalanego formalnie właściciela. To, co my mogliśmy zrobić, to edukować, uświadamiać samych mieszańców. Ula przygotowała spacer śladami tych rzeźb. Odbyło się oprowadzanie dla rodzin mieszkających na osiedlu, był poczęstunek, a potem jeszcze przejście do Łazienek i zwiedzanie rzeźb w Łazienkach. To znowu była magiczna sytuacja, był mróz, wszystkie finały wypadły nam w okresie listopad–grudzień, a mimo to pojawiło się ze dwadzieścia osób. Zostawiliśmy na osiedlu tabliczki z informacjami o rzeźbach. Z osiedlem przy ul. Dragonów staramy się współpracować głównie w obszarze wolontariatu ogrodowego. Jeden z mieszkańców, pan Józef, jest wolontariuszem w naszych ogrodach i wspiera nas w działaniach.

Był też finał realizowany we współpracy z lokalną biblioteką i mokotowską świetlicą, podczas którego wolontariuszka prowadziła wzmacniające zajęcia dla dzieci inspirowane mitologią i postaciami herosów, które skrywa Pałac na Wyspie.

Te wszystkie relacje, które się wytworzyły, stanowią też nasz nowy kanał promocyjny. Kiedy chcemy poinformować o jakimś wydarzeniu, to wywieszamy plakaty na osiedlu i właśnie w lokalnych bibliotekach. Pandemia zablokowała nam wiele rzeczy, ale to, co już wypracowaliśmy, zwłaszcza sposób myślenia o lokalności, przede wszystkim to, żeby pamiętać o lokalnym osiedlu, o lokalnej tablicy ogłoszeń, o lokalnym klubie seniora, to już w nas zostanie.

Czy z rozmów przy ramie wynikły oczekiwania tych społeczności? Czy padały konkretne pomysły?

Jedna z plansz, którą mieliśmy w ramie, to była mapa Łazienek i okolicy. Pytaliśmy, gdzie w Łazienkach bywają, czy jest jakiś obiekt, w którym nigdy nie byli, jakie są miejsca aktywności kulturalnej i spotkań towarzyskich. Wyszło, że głównie bywają w ogrodzie, rzadziej wchodzą do obiektów, najbardziej kojarzą obiekty, które są ogólnie dostępne, na przykład Amfiteatr. Tam nie trzeba kupować biletu i właściwie wszyscy tam byli. Trochę było prywatnych historii – „tu była ławeczka, na której się spotykałem”, „tu było boisko do mini-golfa”. Zdobywaliśmy dzięki temu nową wiedzę . Spośród młodszej publiczności wiele osób kojarzyło Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski jako centrum działalności kulturalnej, a Łazienki już niekoniecznie. Wychodziło na to, że po prostu nie zdają sobie sprawy z tego, ile i co robimy. To była okazja do rozmowy o różnych naszych przyzwyczajeniach, o tym, co wiemy o sobie nawzajem i trochę zweryfikowania tej wiedzy.

A czy ktoś zgłosił jakiś pomysł?

Na pewno osobiste historie, które się pojawiły, utwierdziły nas w przekonaniu, że jest tu cały czas niewydobyty potencjał. W klubie seniora jedna pani mówiła, że pamięta jak w czasie wojny na bramie Łazienek wisiała tabliczka „tylko dla Niemców”. Myślę, że projekt, który teraz robimy, „Fotowspomnienia”, jest pośrednio pokłosiem opowieści związanych z Łazienkami, wspomnień, które chcemy uchwycić na zdjęciach. Zbieramy zdjęcia zrobione w Łazienkach od czasów dawnych do 1995 r. i historie związane z tymi zdjęciami. Takie projekty zdjęciowe robi się teraz często, wiedzieliśmy, że warto, że ludzie faktycznie sami chcą się tym dzielić. Uznaliśmy, że czas pandemiczny będzie dobrą okazją, aby projekt rozpocząć

Czy to znaczy, że „Lokalne Pomysły Muzealne” to parasol dla różnych działań muzealnych?

Tamten projekt był pewnym zapalnikiem i on cały czas w nas jest jako sposób myślenia. Natomiast kolejne projekty w tym samym duchu możemy nazywać już inaczej.

Czy wcześniej w muzeum była tradycja pracy w taki sposób? W sensie, że działacie w otoczeniu, którego do końca nie znacie, czy to dopiero przyszło wraz z tym projektem?

Wydaje mi się, że ten projekt zebrał to, co wcześniej pojawiało się już w małych dawkach. Ja przyszłam do projektu z zapleczem animacyjnym – jestem animatorką po Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, teraz jestem kierowniczką Działu Edukacji, ale wcześniej zajmowałam się wolontariatem. Wolontariat był bardzo przesiąknięty myśleniem współtworzenia. Zajawki się pojawiały, ale sąsiedzkość nigdy nie została nazwana. Ten projekt nazwał wiele naszych intencji – że chcemy robić coś dla sąsiadów, w ogóle tak ich nazwać.

Jak do filozofii pracy, która z tym projektem się wiąże, podeszli pracownicy muzeum?

Mam poczucie, że dobrze. To, co ułatwiło realizację tego projektu, to grant z „Kultury dostępnej”. Często tak jest, że jak na zewnątrz ktoś wypowie się o czymś pozytywnie, to potem łatwiej się to robi. W Dziale Edukacji większość osób zareagowała pozytywnie. To też jest ciekawy temat jak się myśli o edukacji muzealnej. Wydaje mi się, że nie dla wszystkich akceptowalna jest formuła pewnej powierzchowności edukacyjnej. To jest jednak coś za coś. Nawiązanie relacji z człowiekiem sprawia, że obraz staje się tylko punktem wyjścia, wiedza jest przemycana, to są trochę ciekawostkowe sytuacje. Ja osobiście nie mam z tym problemu, bo uważam, że obrazy w przypadku tego projektu służą po prostu czemuś innemu – nawiązaniu relacji, a nie głębokiej wiedzy. Na ile nasze zasoby muzealne mają służyć temu, żeby za ich pośrednictwem nawiązywać relacje, otwierać się, a na ile mają służyć temu, żeby zdobywać wiedzę o artystach, czasach i zjawiskach? Myślę, że oba te modele powinny współistnieć, a realizatorzy wzajemnie się inspirować.

Wszystkie działania w projekcie – wychodzenie, rozmawianie, wracanie – musiało być angażujące czasowo dla zespołu. Jakie zatem jest miejsce tych działań – w każdym razie w czasie, kiedy były realizowane przed pandemią – w całej działalności edukacyjnej działu? Czy na to był położony nacisk, czy było to bardziej coś dodatkowego?

Ja wtedy jeszcze byłam koordynatorką wolontariatu. Uważam, że wolontariat to cudowny obszar w muzeum, ponieważ daje bardzo dużą dozę wolności. Tam się mieści dużo eksperymentalnych projektów, nieoczywistych w swoich miernikach efektach. Więc ja się tym zajmowałam w ramach kierowania wolontariatem, bo wolontariusze odgrywali w projekcie ważną rolę, nie tylko na finałach. Razem z Anią Zajdą dostałyśmy przestrzeń od ówczesnej kierowniczki, aby spędzać miesiące wakacyjne z ramą. Zrozumienie dla tego było, chociaż oczywiście było to mocno angażujące czasowo.

A jak teraz o tym myślisz? Bo zakładamy, że będzie można kontynuować ścieżki, które zostały wypracowane. Zmieniło się kierownictwo działu, ty jesteś bardzo mocno związana z tym projektem, jaki będzie status takich działań?

Rama jest świetnym mechanizmem, który został wypracowany. W zeszłym roku udało nam się wyprodukować bardzo dużo nowych plansz do ramy. Mieliśmy plan, że w te wakacje znowu ruszymy na podwórka. Chciałam, aby to była wakacyjna oferta, że przez tydzień lub dwa jesteśmy z ramą na podwórkach. Miałam też pomysł, aby była to forma robienia stażu dla studentów animacji kultury. Chciałabym, aby to zagościło na stałe w naszym programie, aby to była jedna z naszych metod pracy,

Są takie momenty, kiedy ten model nagle się uruchamia. Na przykład dzwoni do nas ktoś z Sielc i mówi, „Mamy dzień sąsiada, może chcielibyście się włączyć?” Mamy ramę, możemy do nich pojechać. Fajne jest to, że to jest gotowe i możemy tego używać w sytuacjach, które są adekwatne.

Mechanizm wolontariatu, który działał podczas „Lokalnych pomysłów”, nadal funkcjonuje. Rekrutujemy wolontariuszy, mają intensywne szkolenia, a potem robią coś dla kogoś innego – dla społeczności lokalnej, gości muzeum, dla domów dziecka, dla szkół integracyjnych.

Czy masz zielone światło ze strony dyrekcji muzeum na tego typu działania?

Przyzwolenie jest. Pewnie, gdyby to nagle całkiem zdominowało nasze działania i przestalibyśmy robić wykłady czy warsztaty dla dorosłych, to byłby problem, ale może to być jeden z obszarów naszego działania. To też jest kwestia języka. Sama przez długi czas rozwijałam się w obszarze wolontariatu i zauważyłam, jak istoty jest sposób nazywania pewnych rzeczy. Wolontariat często wielu osobom kojarzył się siermiężnie, ale z drugiej strony osobom starszym kojarzył się bezpiecznie. Gdybym seniorowi zaproponowała działania partycypacyjne, to pewnie by się nie zgodził, ale kiedy zaproponuję mu wolontariat, to już chętnie, chociaż może chodzić dokładnie o to samo. Z osobami decyzyjnymi w muzeum jest podobnie. Trzeba być elastycznym, uważnym i szukać języka porozumienia.

Te rozmowy w projekcie były swojego rodzaju badaniem publiczności i nie-publiczności. Czy powstała z tego ewaluacja czy raport, czy są to refleksje w Waszych głowach?

Przede wszystkim są to refleksje. Trochę ujęliśmy to w raporcie do ministerstwa, ale nie powstał żaden oficjalny dokument napisany z udziałem socjologa. To raczej wrażenia, które zabraliśmy ze sobą dalej. Często też przeczuwaliśmy coś i te rozmowy po prostu utwierdzały nas w przekonaniu. Cały czas mam niestety poczucie, że nie starcza czasu, aby skupić się na konkretnych problemach.

Czy myśląc o różnych narzędziach, sposobie dyskusji, modelu pracy, inspirujesz się tym, co robią inne instytucje lub sięgasz do książek, czy to są pomysły, które przychodzą w kontekście tej danej przestrzeni?

Podświadomie tak, ale muszę powiedzieć, że moje studia i potem działania jako animatorki kultury, członkini Stowarzyszenia Katedra Kultury, kiedy działaliśmy bardzo mocno jako Kolektyw Terenowy w małych społecznościach lokalnych, to był czas mocnego formowania mojego sposobu pracy z ludźmi. To jest ten pierwiastek, a metody pojawiają się zewsząd – coś mi się przypomni, gdzieś coś zobaczę, czasami impulsem jest sprzeciw wobec jakiegoś sposobu działania. Potem, trochę na zasadzie kolażu, to się wszystko łączy i powstaje coś wyjątkowego.

26 sierpnia 2020

Strona projektu

Fotowspomnienia, czyli wasze Łazienki Królewskie