Muzeum mojego podwórka

MUZEUM PIERWSZYCH PIASTÓW NA LEDNICY

Zespół muzeum wspólnie z mieszkańcami jednego z gnieźnieńskich podwórek zrealizował wystawę poświęconą mikro historii. Wystawa odbyła się w lokalnej społeczności – w pustym mieszkaniu, które na ten cel użyczył urząd miasta. Współautorami były dzieci. Projekt był okazją do nawiązania relacji, poznania perspektywy odbiorców, którzy w muzeum nie bywają. Dzieci nabywały umiejętności muzealnych dotyczących budowania wystawy, pracownicy muzeum uczyli się zupełnie innej pracy z publicznością od tej uprawianej na co dzień.

Spotkanie sąsiedzkie podczas pracy nad Muzeum mojego podwórka

Z Mariolą Olejniczak, kierowniczką Działu Edukacji Muzealnej , rozmawia Katarzyna Jagodzińska

W artykule poświęconym projektowi „Muzeum mojego podwórka” w „Studiach Lednickich” pisze Pani, że punktem wyjścia dla jego realizacji były wyniki badań socjologicznych, które wykazały znaczący spadek zainteresowania działalnością muzeów. Wspomniała Pani też o wywiadach przeprowadzonych z mieszkańcami Gniezna jeszcze przed rozpoczęciem akcji. Proszę powiedzieć więcej na temat początków. Dlaczego muzeum wyszło poza swoje mury i zrealizowało społeczny projekt odbiegający od charakteru muzealnej kolekcji?

To prawda, projekt odbiegał od charakteru muzealnej kolekcji, ale od samego założenia i misji muzeum już nie. Pierwszym naszym celem było pokazanie, czym w ogóle jest muzeum, jak wygląda i jak powstaje ekspozycja. Wyszliśmy z założenia, że młodym ludziom najlepiej wytłumaczyć to w taki sposób, aby to oni w pewien sposób stworzyli, ekspozycję, stworzyli muzeum. Mieli więc zmierzyć się w pewien sposób z pracą, jaką wykonują muzealnicy i przez to zrozumieć całą ideę.

Z badań, o jakich wspomniałam w artykule, dowiedzieliśmy się, że także dorośli zastanawiają się, po co powstają muzea. Ustawiliśmy się w Gnieźnie bez żadnego plakatu, który wskazywałby na to, że jesteśmy z muzeum. Mieliśmy wielką planszę, na której było napisane: „Muzeum to…” i chcieliśmy, aby ci, którzy przechodzą koło nas, wpisywali, co im przychodzi do głowy. Pojawiły się takie słowa jak: kapcie, nuda, coś starego, eksponaty, zabytki, historia. Na drugiej planszy były zdjęcia różnych obiektów, był kościół, muzeum, supermarket, galeria, pub/dyskoteka, a na dole adnotacje: miejsce zadumy, miejsce spokoju/ciszy, miejsce rozrywki. Prosiliśmy ludzi, aby dobierali do poszczególnych miejsc – swoje odczucia z wiązane z nimi. (np. Muzeum – miejsce zadumy). To miało dać adekwatny odbiór tego, jak jest postrzegane muzeum. Nietrudno się domyślić, że ludzie w dużej mierze mieli w głowie przeświadczenie, że muzea to miejsca, gdzie jest nudno i poważnie. To był dla nas sygnał, aby zorganizować akcję, która by zmieniła ten obraz, przy czym wtedy jeszcze nie myśleliśmy o muzeum podwórka.

Projekt był realizowany w 2014 r. i czułam, że my cały czas walczymy o zmianę podejścia do muzeum, zwłaszcza wśród młodych. Że muzeum to nie musi być coś w rodzaju świątyni, tak jak kiedyś było postrzegane, w którym po wejściu trzeba zachować się dostojnie, ma być cisza, spokój, niczego nie wolno dotykać. Czasy bardzo się zmieniły. Już w 2014 r. dostrzegaliśmy tą zmianę i wiedzieliśmy, że muzea to miejsca, gdzie buduje się relacje, miejsca, które mogą być czymś w rodzaju magazynów emocji.

To, że wyszliśmy poza mury, może dziwić, ale my dużo takich akcji podejmujemy. Działamy przez pół roku – od połowy kwietnia do połowy października. W okresie zimowym oprócz tego, że mamy pracę bardziej papierkową, piszemy programy, scenariusze imprez, lekcji, przygotowujemy pomoce dydaktyczne itd., to również staramy się wychodzić do społeczności lokalnych i znacznie dalej. Gniezno, gdzie ta akcja była prowadzona, jest od nas oddalone o dwadzieścia kilometrów. Dosyć często tam gościmy, na przykład podczas ferii w Bibliotece Pedagogicznej, która jest filią biblioteki z Poznania, prowadząc tam zajęcia edukacyjne.

Muzeum mojego podwórka

Czy do wyjścia na plac i zrealizowania tam badania publiczności trzeba było przekonywać dyrekcję, czy mieli Państwo w tym względzie autonomię?

Całość programu realizowana była przez Dział Edukacji Muzealnej, częściowo przez Sekcję Promocji i Informacji oraz przez dyrektora do spraw programowych. Całość koordynowała nasza trójka i cały pomysł zrodził się w naszym gronie. Ponieważ inicjatywa wyszła od jednego z dyrektorów, to tu nie było problemu, natomiast główny dyrektor na początku był nastawiony dość sceptycznie. Później przekonał się, że choć to działanie jest inne, to jest potrzebne. Wśród pracowników, zwłaszcza starszej kadry, pojawiło się dużo wątpliwości, czy na pewno powinniśmy coś takiego robić i czy nie wykraczamy poza program muzeum. Wcześniej się denerwowałam, słysząc takie opinie, natomiast teraz jestem pewna, że wynikało to z niewiedzy, jak wygląda cały projekt. Myślę, że gdyby dzisiaj ich spytać, to pewnie już by takich odczuć nie mieli. Ten projekt przecierał szlaki, więc nastawienie też się zmieniło. Obecnie pewnie wiele osób nie byłoby zaskoczonych, gdybyśmy dzisiaj mieli coś takiego robić.

Czyli było to pierwsze tego typu działanie?

To było pierwsze tak duże działanie, ale mniejsze działania wyjazdowe były już wcześniej. Na przykład w czasie ferii zimowych Dział Edukacji pakuje kopie zabytków i jeździ do domów kultury w Łubowe czy Gnieźnie, z którymi współpracujemy albo do Gniezna do filii Biblioteki Pedagogicznej z Poznania. Zdarza się, że jeździmy do szkół, gdzie również prowadzimy zajęcia edukacyjne. Dodam, że mowa o szkołach nie tylko z Gniezna, czy Łubowa, ale też Trzemeszna, Bielic, Pobiedzisk, Poznania, a z zajęciami społecznymi byliśmy nawet w Radomiu. To są jednak bardziej tradycyjne działania, bowiem prowadzenie lekcji czy warsztatów poza murami jest czymś stałym w naszych działaniach. Więc te działania nie zaskakują, natomiast ten projekt był czymś zupełnie nowym. Kiedy padło hasło, że będziemy z dzieciakami tworzyć muzeum, było duże zaskoczenie. Druga rzecz to odległość, że to nie było miejsce położone blisko naszej instytucji, tylko w Gnieźnie.

Muzeum mojego podwórka

No właśnie, dlaczego wybrane zostało akurat to podwórko, w tym miejscu?

My, to znaczy edukatorzy i edukatorki z Działu Edukacji Muzealnej, obsługujemy głównie dwa oddziały, Wielkopolski Park Etnograficzny i Ostrów Lednicki, a pracujemy w Dziekanowicach. Tutaj nie ma podwórek, bo to jest wieś. Wyszliśmy z założenia, że lepiej by było zrobić taki projekt w mieście. Gniezno zostało wybrane też ze względu na to, żeby było nam wygodnie. Wiedzieliśmy, że to będzie nas kosztowało sporo pracy, ja jestem z Gniezna, tak jak kolega pracujący w tym czasie w Sekcji Promocji i Informacji. A dlaczego akurat podwórko na Słomiance? To był przypadek. Pierwsze działanie polegało na tym, że chodziliśmy po mieście i między starymi kamienicami szukaliśmy podwórka, które nam się kojarzy z dzieciństwem, aby był tam przysłowiowy trzepak, ściany, o jakie odbija się piłkę itp. Ale poza wyglądem, najważniejszą kwestią były dzieci. Okazało się, że na wielu podwórkach, które wizualnie nawet bardziej nam się podobały, nie było dzieci. Dodatkowym problemem było to, że mieszkali tam na przykład  ludzie, którzy pojawili się w okolicy niedawno, a przez to nie znali żadnych faktów związanych z historią miejsca. Kiedy przyszyliśmy na Słomiankę, okazało się, że jest trójka dzieci i jeszcze dwójka przychodzi tam do babci, i stwierdziliśmy, że może to będzie dobry kierunek. Co ciekawe, nie sprawdzaliśmy wcześniej historii tego podwórka. Dopiero później, już w czasie realizacji projektu, okazało się, że tam kiedyś była fabryka kafli, a zarządcą tego terenu był Niemiec. Tego wszystkiego dowiedzieliśmy się w trakcie, kiedy zaczęliśmy grzebać w archiwalnych dokumentach i poznawać historię tego miejsca od najstarszych mieszkańców.

Muzeum mojego podwórka

Jakie były reakcje uczestników na propozycję zrealizowania tego projektu?

Należy otwarcie powiedzieć, że weszliśmy trochę jak intruzi w to podwórko. Pojawiliśmy się „uzbrojeni” w identyfikatory muzealne i uśmiechy na twarzach. Pukaliśmy po kolei od drzwi do drzwi i mówiliśmy, o co chodzi. Reakcje były różne. Było tak, że ktoś w ogóle nie otwierał nam drzwi. Ktoś inny chwilę z nami porozmawiał, ale uznając, że nie ma czasu, znikał… Zaczęliśmy się pojawiać coraz częściej i tak powolutku lody pękały.

A czy dzieci trudno było zainteresować?

Nie, dzieci były dosyć otwarte. One rzeczywiście dużo czasu spędzały na tym podwórku. Dzisiaj mam wrażenie, że na podwórkach w blokowiskach mało się widzi dzieciaków, większość siedzi przed komputerami. A to były dzieciaki, które lubiły grać w piłkę, trzepak służył im, jako bramka i myślę, że one potrzebowały zainteresowania ze strony dorosłych. Opowiadaliśmy im ciekawe rzeczy. Wiadomo, że hasło muzeum niekoniecznie kiełkowało im w głowie, jako „coś” super, ale otworzyły się dość szybko. Mam wrażenie, że szybciej niż niektórzy dorośli, którzy mieszkali na tym podwórku.

Jak ten projekt się rozpoczął? Dzieci miały w nim status kuratorów?

Tak.

Jak zaczęły wchodzić z tę rolę?

Zdobycie zaufania dzieci nie było bardzo trudne, natomiast trudniej było zdobyć zaufanie dorosłych, również tych, którzy nie mieli dzieci, bo dzieci była garstka. Dzieci na początku przynosiły swoje zdjęcia. Aby je wprowadzić w projekt, przywieźliśmy je do naszego muzeum. Rodzice z chęcią wyrazili na to zgodę, dysponujemy samochodem muzealnym, więc nie było z tym kłopotu i nie pociągało to absolutnie żadnych kosztów z ich strony. Zwiedzili wystawę, opowiadaliśmy im, jak się tworzy wystawę – że są gabloty, w których pokazywane są cenne przedmioty, ale mówiliśmy im, że wykonuje się również kopie, których można dotykać. Tłumaczyliśmy, czym jest ekspozycja, zabytki, muzealia, że wystawa ma swój scenariusz, swoje założenia i cele itd. Kolega, który lubi szperać w archiwach, wziął ich do archiwum i wytłumaczył, o co chodzi w takiej pracy. Później mieli warsztaty dziennikarskie, kolejny kolega opowiadał im, jak przeprowadza się wywiady. Pożyczyliśmy im dyktafony, aby mogli ponagrywać wypowiedzi mieszkańców. My również rozmawialiśmy z mieszkańcami i nagrywaliśmy ich wypowiedzi, aby wykorzystać je następnie na wystawie, ale chcieliśmy, aby dzieciaki także samodzielnie się zaangażowały. Daliśmy im aparaty, aby sfotografowali się z sąsiadami. Zachęciliśmy ich do bardzo różnych, działań aby sami przekonali się, że tworzenie wystawy to spory wysiłek.

Otwarcie Muzeum mojego podwórka

Czy któreś z dzieci wcześniej było w muzeum?

Pytaliśmy się o to i przyznaję, że od wszystkich padła jedna odpowiedź – „nie”. Tłumaczyliśmy im, że muzea są różne, akurat nasze jest specyficzne, bo większość rzeczy mamy w plenerze, a jak wiadomo wszystkim tradycyjnie muzeum kojarzy się z budynkiem.

Tutaj pomieszczenie też było.

Na pewno projekt by nie wyszedł, gdybyśmy nie mieli pomieszczenia. To znaczy, miałby zapewne inną formę, myślę, że mniej atrakcyjną. Na początku nie zastanawialiśmy się, jak to technicznie ugryziemy. Myśleliśmy nawet, że może to będzie krótka jednodniowa akcja na podwórku. Dowiedzieliśmy się, że w budynku są puste mieszkania. Zwróciliśmy się do urzędu miasta o użyczenie jednego z nich, aby urządzić tam Muzeum mojego podwórka. Prezydent Gniezna zgodził się. Warsztaty odbywały się już latem na dworze, ale ten lokal sprawił, że projekt nabrał zupełnie innego charakteru.

Jak intensywna to była praca? Ile czasu Państwo poświęcali na bycie na tym podwórku i dzieci na pracę?

Łącznie projekt trwał kilka miesięcy. Muzeum miało być czynne do dwóch tygodni, natomiast otrzymaliśmy pozwolenie, aby zostać w mieszkaniu dłużej i finalnie muzeum było czynne miesiąc. Na początku pojawialiśmy się dość często – musieliśmy tłumaczyć, o co chodzi, dawać dzieciakom zadania, następnie kontrolować, czy je wykonują i jak im idzie. Kiedy już muzeum zostało uruchomione, dzieciaki nie mogły tam być przez cały czas, poza tym nie chcieliśmy też, aby były same. Tak, więc my się wymienialiśmy, czasami też inni pracownicy naszego muzeum tam byli. Były wyznaczone godziny, w jakich można było zwiedzić Muzeum mojego podwórka i zawsze był wtedy ktoś dorosły.

Otwarcie Muzeum mojego podwórka

Z jakim przyjęciem ze strony lokalnej społeczności spotkała się wystawa?

Były trzy przełomowe momenty. Pierwszy był jeszcze zanim muzeum zostało otwarte, kiedy zbieraliśmy informacje. Od jednej z mieszkanek dowiedzieliśmy się, że kiedyś na tym podwórku były hucznie obchodzone setne urodziny pewnej sympatycznej mieszkanki. Pani pokazała nam zdjęcia, które miała z tego dnia. Na podwórku stał duży stół i ci, którzy chcieli solenizantce złożyć życzenia, przychodzili, zasiadali przy nim, była kawa i ciasto. Stwierdziliśmy, że pewne powtórzenie takiego działania może stać się dobrą okazją, aby przekonać tych nie do końca przekonanych mieszkańców. Tym razem okazją do świętowania było nasze działanie, a nie urodziny. Przywieźliśmy stoły, poprosiliśmy mieszkańców, aby przyszli ze swoimi krzesłami. Trochę krzeseł przywieźliśmy, ale chcieliśmy, aby oni też się trochę zaangażowali, upiekliśmy ciasto. Jedna spośród tych osób, pani Marzena, bardzo się zaangażowała. Mimo że sama tam nie mieszkała, często odwiedzała tam rodziców, upiekła placek i jako pierwsza podgrzała wodę na kawę. Zaczęło się schodzić coraz więcej osób. Pojawiły się też osoby, które wcześniej za wiele z nami nie rozmawiały. To był przełomowy moment. Okazało się, że ci sąsiedzi, mimo tego, że mieszkają obok siebie, nie mają za bardzo okazji, aby ze sobą porozmawiać, a nasza inicjatywa stała się dla nich świetnym pretekstem do tego.

Drugim momentem było samo otwarcie. Było to dla nich duże wyróżnienie, bo pojawiły się media, muzeum otwierało trzech prezydentów, prezydent, wiceprezydent i były prezydent. Wydaje mi się, że to podbudowało nie tylko te dzieciaki, ale w ogóle mieszkańców. Wcześniej było to takie niepozorne podwórko, trochę zaniedbane, na które nikt nie zwracał uwagi. Tymczasem miejsce to stało się szczególnym punktem na mapie Gniezna, rejonem pełnym ciekawych historii, o których nikt by nie usłyszał, gdyby nie akcja.

I trzeci moment to zamknięcie. Na koniec zrobiliśmy to, co wydarzyłoby się w sytuacji, gdybyśmy nie mieli do dyspozycji mieszkania na wystawę – znieśliśmy na dół zdjęcia, bo głównie z nich składała się ekspozycja. Poza tym były tam mapy i dokumenty archiwalne, rzeczy uzupełniające aranżacyjnie przestrzeń oraz jeden zabytek – koło młyńskie będące pozostałością kieratu, jakie odnaleźliśmy z dziećmi na podwórku. Jeśli chodzi o zdjęcia, to założenie było takie, że w tych samych miejscach, gdzie mieszkańcy mieli wykonane zdjęcia jako dzieci, my je ponowiliśmy. Na przykład zdjęcie pani, na którym jako niemowlak jest na kolanach mamy siedzącej na studni zostało zestawione ze zdjęciem współczesnym przedstawiającym tą panią z wnukiem na kolanach. Tego dnia zdjęcia zawisły na murach między oknami. Starsi mieszkańcy, którzy wcześniej do góry na wystawę nie dali rady wejść z uwagi na strome i wąskie schody, mieli dzięki temu okazję te zdjęcia zobaczyć.

Czy ten projekt przyciągał tylko lokalną publiczność, czy dzięki nagłośnieniu przez media osoby nie mieszkające w okolicy też zaczęły przychodzić?

W pierwszej kolejności muzeum zwiedzili ci, którzy mieszkali na Słomiance, później kolportowali tą informację pocztą pantoflową do swoich rodzin i znajomych, pojawili się, więc znajomi i osoby, które kiedyś tam mieszkały. Media lokalne też zrobiły swoje, więc można powiedzieć, że przychodzili ludzie z całego Gniezna. W jednym pomieszczeniu znajdowała się duża mapa Gniezna, na której prosiliśmy gości o przypięcie pinezki w miejscu, z którego do nas przyszli. Mieliśmy też gwóźdź wbity w ścianę i karteczki, jeśli ktoś nie był z Gniezna, miał wpisać miejscowość, z której był. Te miejscowości były różne, pojawiły się Poznań, Bydgoszcz, a nawet Oslo. Projekt miał być mały, lokalny, ale rozniósł się dużo dalej. Do tego stopnia, że zainteresowały się nim ogólnopolskie media.

Otwarcie Muzeum mojego podwórka

Czy po zamknięciu muzeum zabrali Państwo materiały czy one tam zostały?

Wszystko, co się pojawiło w budynku, zabraliśmy ze sobą. Zdjęcia, plakaty, wszystko zostało zabrane do muzeum i zostało zarchiwizowane. Ci mieszkańcy, którzy poprosili, dostali od nas zdjęcia, które mogli sobie wywołać na pamiątkę. Akcja została zgłoszona do wielkopolskiego konkursu na najlepsze wydarzenie roku 2014 „Izabella”, później na ogólnopolski konkurs na najważniejsze wydarzenie roku 2014 „Sybilla”, i w obu przypadkach została doceniona, uzyskując główne nagrody. Kiedy zdobyliśmy statuetkę Sybilli, pojawiliśmy się z nią na podwórku, żeby poinformować o tym mieszkańców. Ta nagroda właściwie była dla nich. Gdyby nie ich zaangażowanie i otwartość na ten pomysł, który z początku nawet nam wydawał się dość szalony i nie byliśmy pewni, czy wyjdzie, nic z to tego by nie było.

Finisaż Muzeum mojego podwórka

A czy spotkali się Państwo z reakcją Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie? To w sumie ich teren.

Oficjalnie nie. Pamiętam, że ktoś z muzeum nas odwiedził, to znaczy odwiedził Muzeum mojego podwórka. Spotkaliśmy się z dyrektorem muzeum z Gniezna przy wręczaniu nagrody. Przez fakt, że mieszkam w Gnieźnie, znam się z dyrekcją i wieloma pracownikami, i nigdy tego muzeum na przykład ja nie traktowałam jako konkurencji. Wydaje mi się, że błędne jest myślenie, jakoby muzea były dla siebie konkurencją, raczej trzeba współpracować, a rywalizuje się z wieloma innymi miejscami, jak multipleksy.

Czy Państwo śledzili potem, co się dzieje dalej w tej społeczności?

To była taka pierwsza nasza partycypacyjna akcja. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że mogliśmy po całej akcji częściej się tam pojawiać. Wydaje mi się, że główny problem w tego typu działaniach polega na tym, że przez jakiś czas jest się w życiu tych ludzi i później te relacje się wyciszają. Gdzieś przypadkiem się spotkaliśmy, nadal funkcjonujemy jako znajomi na Facebooku, ale nie jest to już tak zażyła znajomość, jak była w tamtym czasie. Dla mnie to jest ból, bo trochę nie wiadomo, jak się zachowywać. Trzeba sobie ułożyć w głowie, że to jest pewna chwila, a potem to będzie wyglądało już inaczej. Po tak długim czasie, bo to był 2014 rok, a mamy 2020, to w większości zniknęliśmy, trochę tego żałuję…. zresztą wiele się zmieniło, tak jak wspomniałam projekt był pomysłem i inicjatywą trzech osób w tej chwili w Muzeum Pierwszych Piastów z naszej trójki tylko ja zostałam i nadal tu pracuję.

Tabliczka Muzeum mojego podwórka

Jakie doświadczenia z tego projektu zostały później zastosowane przy kolejnych projektach?

Kiedy wcześniej wchodziłam z dzieciakami na naszą główną wystawę, miałam swoją ustaloną ścieżkę. Na pewno każdy edukator/przewodnik ma tematy, które bardziej lubi i wtedy je w większym stopniu porusza. Po tej akcji i rozmowach z dzieciakami, które zwracały uwagę na inne rzeczy, czasami wchodząc na wystawę – niekoniecznie ku uciesze opiekunów wystawy – mówię dzieciakom, że mają pięć-siedem minut na pooglądanie sobie wszystkiego samodzielnie, a potem mają mi pokazać, co ich najbardziej zainteresowało. Czasami okazywało się, że stawali przy zupełnie innych obiektach, takich, które ja omijałam albo o których o wiele mniej mówiłam. Czyli zmieniłam perspektywę. Doskonale wiem dzięki tej akcji, że warto spytać odbiorcę, wsłuchać się w niego, a nie traktować siebie jako osoby, która wie lepiej. Trzeba mieć przy tym z tyłu głowy, że jako pracownicy mamy też swój cel do osiągnięcia – wzbudzenie takich, a nie innych emocji lub przekazanie czegoś konkretnego, jednak nawet, jeśli nam to nie wyjdzie, to może okazać się, że „zadziało się” coś jeszcze istotniejszego.

A czy pojawił się później projekt, który by czerpał z tego projektu, w sensie polegał na tworzeniu czegoś z grupą publiczności w muzeum czy poza muzeum?

Nie, takiego przełomowego projektu nie robiliśmy. To jest problematyczne, bo do nas trzeba dojechać w gruncie rzeczy samodzielnie, to znaczy jeśli ktoś zdecyduje się na pociąg, to musi później przejść osiem kilometrów, autobusem połączenie jest kiepskie, w tej chwili praktycznie żadne, więc właściwie można tu samodzielnie dojechać samochodem albo z wycieczką zorganizowaną. Trudno nam jest znaleźć wolontariuszy. Oni są i pojawiają się przy imprezach, ale to raptem cztery osoby. Zdajemy sobie sprawę ze swoich ograniczeń. Jednak cały czas się rozwijamy i… kto wie, co za jakiś czas wymyślimy. Zdradzę, że aktualnie zaskakujemy wiele osób i instytucji edukacyjnym programem o charakterze społecznym „(Nie)sprawni w kulturze”, ale to już temat na inny wywiad.

11 września 2020