Museum as Toolbox, FIND ART i klub ms17

MUZEUM SZTUKI W ŁODZI

W Muzeum Sztuki w Łodzi działa klub młodzieżowy ms17. Jest on pokłosiem międzynarodowego projektu „Translocal: Museum as Toolbox” realizowanego w latach 2015-2017 przez łódzkie muzeum wspólnie z muzeami partnerskimi w Grazu, Tallinie, Zagrzebiu i Bolzano. Projekt ten stawiał pytania o muzeum przyszłości, jego funkcję, formę i sens istnienia muzeum w ogóle, był też próbą spojrzenia na potencjał kolekcji pod kątem poszukiwania nowych rodzajów komunikacji z widzami. W ramach projektu powstała wystawa stworzona przez nastoletnich uczestników „FIND ART”. Kuratorzy w wieku 15-17 lat pracowali z kolekcją muzealną. Każdy wybierał i opracowywał prace wylosowanego wcześniej artysty. Pracowali też nad aranżacją.

Grupa, która zawiązała się dla realizacji konkretnego projektu, wyraziła wolę kontynuacji pracy w muzeum i weszła w skład klubu ms17. Należą do niego uczniowie liceów w wieku około siedemnastu lat. Spotykają się raz w tygodniu, w środy o 17:17. Każdego roku wspólnie pracują nad wybranymi przez siebie projektami.

Realizacja projektu „Translocal: Museum as Toolbox” – warsztaty z Aldo Giannottim

Z Agnieszką Wojciechowską-Sej, edukatorką i koordynatorką projektów, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Działalność klubu ms17 wyrosła z wcześniejszego projektu „FIND ART” – chyba nie da się mówić o klubie nie zaczynając rozmowy o tym projekcie warsztatowo-wystawienniczym. Jak doszło do nawiązania przez Muzeum Sztuki w Łodzi współpracy międzynarodowej, której efektem było wciągnięcie do działania grupy młodych ludzi?

Tak naprawdę o wystawie „FIND ART” nie można mówić, nie wspominając o poprzedzającym ją międzynarodowym projekcie „Translocal: Museum as Toolbox”. Była to współpraca pięciu europejskich muzeów, które w ognisku swoich zainteresowań stawiały sztukę nowoczesną. Istotne było to, że miały to być tak zwane muzea peryferyjne – to dziś chętnie wykorzystywane słowo, mówimy już nie tylko o tym, co się dzieje w centrum, ale też na obrzeżach. Chodziło o to, aby zrzeszać ważne muzea nie mające statusu narodowych galerii w stolicach państw. Do współpracy zostaliśmy zaproszeni my jako Muzeum Sztuki w Łodzi, Museion z Bolzano, Muzeum Sztuki Kumu w Tallinie i Galeria Nowoczesna w Zagrzebiu. Operatorem programu był Kunsthaus Grazu. W ten sposób pięć instytucji z Europy Środkowo-Wschodniej zaczęło ze sobą współpracować.
Pomysł był szczytny, ponieważ bardzo często projekty były realizacją wizji kuratorów i artystów, natomiast tutaj w orbitę zainteresowań zostali włączeni także edukatorzy i muzealna publiczność. Jestem edukatorką i dlatego zajmowałam się tym projektem. Mechanizm mobilności działał na zasadzie karuzeli. Polegał na wytypowaniu osób z tych instytucji, które były zainteresowane projektem i które chciały wyjechać do innych partnerskich miast, aby obserwować, jak tam pracują młodzieżowe grupy zrzeszające nastolatków zainteresowanych działaniem przy instytucji. W niektórych muzeach takie grupy były już zawiązane, więc to były działania na zastanej tkance, natomiast muzea bez takich klubów młodzieżowych miały obowiązek je zbudować i formalnie podpiąć pod instytucję muzealną. Warunek był taki, aby to była młodzież między 15 a 25 rokiem życia. Diagnoza zrealizowana przez Kunsthaus w Grazu dowodziła, że dzieci chadzają do muzeów tak długo, jak są ciągnięte przez rodziców i nauczycieli, a potem, dopóki ci młodzi dorośli nie staną się sami rodzicami i nie będą traktowali edukacji muzealnej jako elementu prestiżu budującego ich świadome rodzicielstwo, jest widoczna luka. Pomysł na stworzenie klubów młodzieżowych miał tę lukę zasklepić i sprawić, aby edukacja muzealna miała ciągły charakter.

Czy ten projekt był zakorzeniony we wcześniejszych działaniach Działu Edukacji?

W Muzeum Sztuki w Łodzi nie było takiego klubu, więc od początku 2016 r. zaczęliśmy nad tym pracować, w marcu mieliśmy już zmontowaną grupę. Za pomocą kontaktów z zaprzyjaźnionymi nauczycielkami i uczniami zapraszaliśmy młodych ludzi do udziału w zajęciach. Na początku razem z Leszkiem Karczewskim [kierownikiem Działu Edukacji] zaproponowaliśmy zajęcia wstępne. Wiedzieliśmy, że to będzie projekt międzynarodowy, dlatego warunkiem była dobra znajomość języka angielskiego. To od razu zbudowało nam grupę dość hermetyczną, dlatego że musiały to być dzieciaki albo niebywale zdolne językowo, albo wychowane w środowisku, w którym ich rodzice są na tyle świadomi i mają zasoby finansowe, aby je wysyłać na zajęcia z języka. Moja córka w tym czasie chodziła do gimnazjum, nie ukrywam, że była silną osobowością, która zwerbowała swoją grupę przyjaciół, a później oni poczuli się zaproszeni do tego, aby też zapraszać innych.

W trzy marcowe środy 2016 r. spotkaliśmy się w różnych przestrzeniach ms1 i ms2 i przeprowadziliśmy warsztaty w dużej mierze po angielsku. Nie diagnozowaliśmy tego, czy oni rzeczywiście dobrze mówią, lecz chcieliśmy im dać szansę, aby sami sprawdzili, na ile jest im komfortowo w sytuacji, w której będą zmuszeni do mówienia po angielsku. Grupa młodzieżowa była przygotowywana warsztatowo na majową rezydencję artysty, który miał z nimi pracować. W wyniku tej karuzeli przyjechał do nas, wytypowany przez Kunsthaus Graz, artysta Aldo Giannotti, a także edukatorka Brita Köhler z Museionu w Bolzano i kuratorka z Kumu Mary-Anne Talvistu. Muzeum Sztuki w Łodzi jako artystę zaproponowało Marcina Polaka, który pojechał do Bolzano, Leszek Karczewski, jako edukator, pojechał do Tallina, a kurator Łukasz Zaręba, który wówczas pracował w muzeum, został wysłany do Zagrzebia.

W pierwszym naborze wzięło udział osiemnaścioro dzieciaków. Najmłodsi przełamywali obowiązkowe piętnaście lat, mieliśmy w grupie trzy czternastoletnie dziewczynki, za to nie mieliśmy górnej półki wiekowej. Nasza grupa składała się głównie z gimnazjalistów i kilkorga licealistów. Była to fajna grupa, spójna i bliska sobie wiekiem, dzięki czemu prędko zawiązały się przyjaźnie, a nawet miłości. Po okresie wstępnych przygotowań, diagnozy oraz po podpisaniu umów wolontariackich umożliwiających nam dalszą pracę, w maju przyjechał Aldo Giannotti – artysta, który miał z łódzką młodzieżą pracować. Ja, jako edukatorka, miałam tak trochę po matczynemu dbać o młodzież, bo gdzieś rodziła mi się w głowie wizja, że Giannotti zadba o ich rozwój artystyczny, ale niekoniecznie o dobrostan dzieci i ich rodziców. Dzięki temu rzeczywiście doszło do bardzo fajnego działania, mocno integrującego grupę.
Efektem dziesięciodniowych warsztatów była akcja w przestrzeni miejskiej. Na ścianie umówionego uprzednio budynku Prexeru przy ul. Pomorskiej 39 wykleiliśmy hasła dużymi plakatami 50 cm x 70 cm, na każdym plakacie była wydrukowana jedna litera czcionką muzealną. Założeniem artysty siedzącego w oparach chmur Olimpu było to, że plakaty w ilości nieskończonej będą wydrukowane i dystrybuowane nieodpłatnie w muzeum i każdy będzie mógł sobie przyjść, pobrać taki plakat, aby wykleić dowolne hasło, jakie tylko będzie chciał zakomunikować światu. Tutaj się trochę sprzeciwiliśmy, znając realia usytuowania naszego muzeum, gdzie pewnie najwięcej schodziłoby liter „R” „T” i „S”, oraz „Ł” „K” i „S”, które zapewne w towarzystwie niecenzuralnych słów komentowałyby pasje sportowe naszych sąsiadów. Uświadomiliśmy artyście, że z wizerunkowego i logistycznego punktu widzenia jest to niemożliwe i że zrealizujemy założenie artystyczne tylko w ramie jednorazowej akcji z młodzieżą.

Cały proces warsztatowy Aldo Giannottiego ze świeżo zawiązanym klubem młodzieżowym doprowadził do tego, że oni wypracowali trzy hasła, które zostały na Prexerze wyplakatowane. Jednym z nich było hasło „Find Art” – stało się ono myślą przewodnią, kiedy zaczęliśmy pracować nad wystawą. Zajmowaliśmy się nią w drugiej połowie roku 2016 i pierwszej połowie 2017. Otworzyliśmy wystawę 27 maja 2017 r. i była ona w całości dziełem koncepcyjnym dzieciaków: na poziomie treści, wyboru dzieł, aż po drobne prace montażowe. Nasi panowie z brygady technicznej nie oszczędzali młodzieży, co prawda nie dali im wiertarki do ręki, ale przećwiczyli ich tak, że wydaje mi się, że do końca życia każde z nich będzie wiedziało, na jakiej wysokości wiesza się obrazy.

Projekt „Museum as Toolbox” obligował nas do tego, aby wystawa była eksponowana w muzeum przez miesiąc, jednak udało nam się wynegocjować z dyrektorem, aby wisiała trzy miesiące i tym samym była realizowana jak każda inna wystawa. Naszych młodych kuratorów potraktowano bardzo poważnie – była promocja, wernisaż, zdjęcia, dokumentacje, były kręcone filmy. Dzieciaki przygotowały też działania edukacyjne.

Realizacja projektu „Translocal: Museum as Toolbox” – warsztaty z Aldo Giannottim

W jaki sposób te działania przeszły w działania klubu ms17? Czy to ta sama grupa?

Członkowie tej grupy trochę się zmieniali. Niektórzy uczestnicy warsztatów z Giannottim nie dotrwali do końca wystawy, w trakcie przygotowań pojawili się inni, na wystawę przyszli jeszcze kolejni, których wystawa zachęciła do tego, aby przychodzić na zajęcia. Dyrekcja zgodziła się na to, aby taki klub już poza projektem ukonstytuować. Przyjęliśmy nazwę ms17. Ci młodzi ludzie stali się naszą wtyczką w świat nieprofesjonalnej i nie związanej na co dzień ze sztuką młodzieży, która mówiłaby, czego młodzież potrzebuje, aby przychodzić z zainteresowaniem do muzeum. Działaliśmy do końca 2019 r.

Nazwa ms17 ze względu na wiek?

Tak, ze względu na wiek. Oni byli mniej więcej siedemnastolatkami, ale też przyjęliśmy znaczenie siedemnastki w taki sposób, że to jeszcze nie jest dorosły, że to ostatni gwizdek przed wkroczeniem w dorosłość. Wyraźnie chcieliśmy to komunikować jako klub młodzieżowy, a nie dla osób dorosłych. Były też pomysły, aby dokonać fuzji z ms clubem, ale on raczej skupia osoby stateczne i dojrzałe, a chodziło o to, aby klub eksplorował nam potrzeby młodych, jeszcze nie dorosłych, formalnie uczniów szkół. Później zaczęły narastać inne znaczenia. W muzeum tak planujemy działania edukacyjne, że dajemy sobie prawo do spóźniania się, czyli jak się umawiamy na 12:00, to widzimy się o 12:12, a spotkania ms17 rutynowo weszły w siatkę 17:17, czyli ta siedemnastka była związana z godziną naszych spotkań w środy.

Skoro zajęcia odbywały się co tydzień w środę, to znaczy, że były dość angażujące dla tych osób?

Wydaje mi się, że to nie ma specjalnego znaczenia w przypadku młodych ludzi, dlatego, że w momencie, kiedy rozpoczyna się we wrześniu szkoła i ustala się siatkę zajęć: tenisa, angielskiego czy logopedy, to i tak nie ma to znaczenia. Ta środa musiała pozostać niezagospodarowana, aby móc się pojawić na zajęciach, więc jeżeli i tak środa musiała być zarezerwowana dla muzeum, to skorzystaliśmy z tego, że można było się spotykać, co tydzień. Frekwencja nie zawsze była taka duża, ale regułą było to, że spotykaliśmy się co tydzień, piliśmy razem herbatę, w pewnym momencie nawet ukonstytuował się fundusz herbaciany.

Realizacja projektu „Translocal: Museum as Toolbox” – warsztaty z Aldo Giannottim

Co w ramach klubu robi młodzież? Czy te cotygodniowe spotkania mają formułę warsztatów czy klubu dyskusyjnego?

Bywało bardzo różnie. Planowałam pracę tej grupy z wyprzedzeniem, w oparciu o siatkę nadchodzących wystaw czasowych. Muzeum chciało mieć też korzyść z ich obecności, aby dawali nam odpowiedzi, co byłoby interesujące dla młodych ludzi, co oni chcieliby zrobić. Uogólniając, jeśli oni chcieliby coś zrobić, to bardzo możliwe, że inni w ich wieku, będą chcieli zrobić coś podobnego lub przyjść to obejrzeć. Bardzo dużo było rozmów. Kiedy przygotowywałam się do zajęć, to wyznaczałam cel konkretnej wystawy i pracowaliśmy wokół niej, przygotowywałam różnego rodzaju warsztaty. Teraz w listopadzie minęło mi już dwanaście lat pracy edukacyjnej, więc nie cierpiałam na brak pomysłów. Kreatywność młodzieży była prowokowana, trzeba było stworzyć sytuację i nakreślić, o czym będziemy mówić i co będziemy robili.

W 2019 r. pojawiła się idea, aby zaangażować naszych uczestników do organizacji niedziel w muzeum. To formuła wypromowana przez dyrektora Ryszarda Stanisławskiego, było to działanie o silnym zacięciu propagandowym: „Robotniku zamiast w niedzielę iść do kościoła, przyjdź do muzeum” – to były festyny i pikniki, rzadko związane merytorycznie z wystawą. Niedziele w muzeum to była cała plejada działań okołokulturowych, między innymi kiermasze Cepelii, wyprzedaże książek, pokazy mody, orkiestra dęta, wieczory recytatorskie, melorecytacje przy fortepianie, natomiast nigdy nie były to specjalistyczne wykłady, na przykład o teorii unizmu Władysława Strzemińskiego.

Od kilku lat też realizujemy idee niedziel w muzeum, ale one za każdym razem mają mieć oparcie w aktualnej wystawie. W 2019 r. mieliśmy bardzo dobre wystawy czasowe, nośne i interesujące dla młodzieży. W oparciu o nie zrobiliśmy dwie niedziele w muzeum. Jedną z nich była „Szwalnia Domu Mody Limanka” – całodzienne, wielogodzinne działanie przygotowane w oparciu o pomysły młodych ludzi, którzy byli gospodarzami tego wydarzenia. Druga niedziela była oparta o wystawę „Zjednoczona Pangea”. Jej kuratorka Joanna Sokołowska, podnosiła na niej treści eko-feministyczne, troski i czułości o ziemię, która jest naszym wspólnym dobrem. Okazało się, że przy tej wystawie ekologiczno-feministycznej, młodzi ludzie z ms17 też się bardzo zapalili do działania, mieli dużo pomysłów, które programowali wokół tej wystawy i niedzieli zero waste. Zauważyli, że jeżeli to jest wystawa, która ma mówić o ekologii, to nie możemy używać plastiku, dlatego nie robiliśmy generujących śmieci działań warsztatowych. Padł pomysł zrobienia bardzo dużej makiety rzemieślników ze Starego Polesia, jednak w przedbiegach zrezygnowaliśmy z wielkiej płachty folii potrzebnej, aby zrobić tę mapę na dziedzińcu. Było wiele przeuroczych i kuriozalnych pomysłów, na przykład aby zasiać ziarno i wpuścić kozę, która wygryzie trawę w taki sposób, aby powstała mapa. Oni naprawdę wielopoziomowo zastanawiali się nad sensem i treściami, które implikowała wystawa. Dlatego te cotygodniowe spotkania były pewnego rodzaju kursem, który zarysowywałam po to, aby ich doprowadzić do pewnych pomysłów. Toczyły się burze mózgów, kiedy jakieś pomysły się pojawiały, to trzeba było się potem dzielić pracą, ale generalnie programem tych spotkań głównie zajmowałam się ja, określając jakiś cel, który ma bardzo konkretną datę.

Realizacja projektu „Translocal: Museum as Toolbox” – warsztaty z Aldo Giannottim

Jak na działania ms17 zapatrują pracownicy innych działów, zwłaszcza ci, którzy w pewnym momencie muszą się zetknąć z grupą?

Do tej pory głównie spotykali się z kuratorkami i to były obopólnie satysfakcjonujące spotkania. Joanna Sokołowska poświęciła im sporo czasu. Udało się młodzież skonfrontować z Domem Mody Limanka jako kolektywem artystycznym. Młodzi ludzie z ms17 zostali poproszeni o pomoc przy produkcji wystawy. Po telefonicznym umówieniu się nasza młodzież miała pojawić się w pracowni, część dzieciaków wypruwała nitki, nieudane ściegi, czy robiła guziki z modeliny. Młodzi zostali potraktowani poważnie jako osoby, które można zaprosić do pracy przy realizacji wystawy.

Przy tej okazji miała miejsce niezwykle przejmująca scena, ponieważ w czasie wystawy na mistrzowskie oprowadzanie przyjechał Karol Radziszewski, którego prosiliśmy o wsparcie i użyczenie dzieła na naszą wystawę „FIND ART”. Jedna z naszych klubowiczek, Sabina Bałulis, kontaktowała się z Radziszewskim i ten kontakt ją porwał, zaczęła się interesować jego twórczością. Umówiliśmy się całym klubem ms17, że przyjdziemy na oprowadzanie po wystawie Domu Mody Limanka. To było bardzo dobre spotkanie w przestrzeni wystawy. W momencie, kiedy podeszliśmy do Karola, okazało się, że rozpoznał Sabinę, pamiętał, że do niego pisała. To była naprawdę wzruszająca sytuacja, że tak znany artysta pamięta kontakt sprzed dwóch lat, więc jestem przekonana, że oni byli traktowani bardzo poważnie.

Grupa była zaprzyjaźniona z edukatorami, traktowała te przestrzenie zupełnie po domowemu i w różny sposób wzajemnie korzystaliśmy z sieci, która została zbudowana. Odnoszę wrażenie, że z większą ilością osób nasza młodzież się nie kontaktowała. To byli tylko kuratorzy, artyści, z którymi współpracowali, pion produkcyjny, dział edukacji, współpracowali też troszeczkę z działem komunikacji i brygadą, która ich ćwiczyła w wieszaniu, także nasza magazynierka miała z nimi do czynienia.

Proszę powiedzieć, jaka może być przyszłość klubu? Wspomniała Pani, że działania były realizowane do 2019 r. Rok 2020 jest wyjątkowy, czy coś się teraz dzieje?

Nasze działania zakończyliśmy z dużą pompą w grudniu 2019 r., organizując „Maraton Kulturanka”. Dyrekcja zgodziła się, abyśmy o 10:00 w sobotę wystartowali i mieliśmy zgodę, aby tak długo, jak trwają wszystkie 37 odcinków „Kulturanka”, siedzieć w sali warsztatowej ms1 i je oglądać. Naprawdę obejrzeliśmy wszystkie trzy sezony na raz. Wypożyczyliśmy maszynę do popcornu, kupiliśmy pięć kilo ziaren kukurydzy, zaprosiliśmy gości, między innymi reżysera „Kulturanka”, scenografkę, aktorów. Klub ms17 miał za zadanie skontaktować się z tymi aktorami, aby ich zaprosić i zrobić akcję promocyjną oraz zaplanować i zrealizować działania animujące gości.

Czy maraton „Kulturanka” był wydarzeniem otwartym dla publiczności?

Tak, to było wydarzenie otwarte, było trochę odwiedzających, którzy w różnych momentach włączali się w ten maraton. Całe wydarzenie trwało tak długo, że przy drugim sezonie zaczęły nas boleć plecy i bawiliśmy się w gry ruchowe, aby się trochę rozruszać. W tym momencie przyszło dużo dzieciaków z rodzicami. Wystarczyło dać tym młodym ludziom inicjatywę, a oni sami zaczęli się bawić i wygłupiać, wciągali innych do zabawy. Była bardzo duża wolność, każdy poświęcał temu tyle czasu, ile chciał. Całość trwała od 10:00 do 3:00 nad ranem, siedzieliśmy do końca i oglądaliśmy. Ja do dziś nie mogę patrzeć na popcorn. W tym czasie była otwarta tylko sala edukacyjna, dyrekcja wyraziła zgodę na zawieszenie naszego systemu ochrony. Tak długo, jak nie trzeba uruchamiać galerii, przedłużenie godzin pracy sali edukacyjnej jest łatwe do zorganizowania.

To było nasze ostatnie dokończone, wspólne działanie. Później, jak zwykle na święta, daliśmy sobie czas odpoczynku. W styczniu zdążyliśmy się spotkać kilka razy, aby się zastanowić, co byśmy chcieli robić dalej, jakie mamy plany, później nastały ferie, po których już nie wróciliśmy do normalnej pracy. Ta młodzież nam też dorosła. Osoby, które w 2016 r. zaczynały projekt z Aldo Giannottim, teraz już są na studiach. Zatrzymała nas pandemia i fakt, że w pewnym momencie ta grupa się tak zżyła ze sobą, że ciężko było się tak naprawdę wbić do tego grona, choć kilka osób zostało życzliwie zassanych do ms17. W jakiś naturalny sposób ta energia się wytraciła. Ponieważ sama mam trójkę dzieci i wiem jak wygląda nauka zdalna, nie chciałam podtrzymywać tego kontaktu na Zoomie czy Teamsach. Wiem, ile czasu poświęcają na naukę i wydaje mi się, że już tutaj moja obecność nie jest konieczna. Jeżeli oni mieli życzenie się spotkać i pogadać, to mogło się to dziać już bez mojego udziału. Ten klub umarł śmiercią naturalną i pandemiczną, jednak nie został wycofany z ramówki muzeum, więc kiedy zaczniemy działać normalnie, mam ogromną nadzieje, że uda się go zbudować na nowo.

Czy kiedy ms17 powstawał, patrzyli Państwo na inne kluby muzealne? Mam wrażenie, że ten był pierwszy w Polsce, natomiast na Zachodzie, na przykład w Wielkiej Brytanii, one są popularne.

Temu służył cały projekt „Translocal: Museum as Toolbox”, tam mieliśmy szansę przyjrzeć się, jak działały kluby młodzieżowe, które już w momencie istnienia projektu były zawiązane. Takie kluby istniały w Tallinie i Grazu, podglądaliśmy jak to jest zrobione i wymienialiśmy się praktykami, jak działać w nowych miejscach. Przyznam szczerze, że jakoś dalej nie szukałam i nie przyglądałam się, jak to może działać, prawdopodobnie dlatego, że na początku mieliśmy ściśle określony cel, wiedzieliśmy co mamy robić, to było podporządkowane dynamice projektu i nie potrzebowałam dalszych poszukiwań. Po rozmowach z dyrekcją, kiedy się okazało, że jesteśmy zaproszeni do tego, aby pracować z wystawami czasowymi, wiedziałam jak działać w ramie takich zadań. Raz mieliśmy spotkanie z warszawskim klubem młodzieżowym funkcjonującym przy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Kiedy otworzyła się wystawa „FIND ART”, Katarzyna Witt przyjechała do nas ze swoją grupą. Nasza młodzież opowiadała o wystawie i o procesie jej powstawania, a warszawiacy po prostu zadawali pytania. Drugi taki moment spotkania przeprowadzaliśmy z uczniami ze Szczekocin, gdzie zawiązał się klub młodzieżowy „Komis – klub otwartej myśli i słowa”, moderowany przez Mirka Skrzypczyka, tamtejszego nauczyciela języka polskiego i spiritus movens fajnych działań. Mirek swoich „komisowców” przywiózł do Łodzi na wystawę Jimmiego Durhama. Okazało się, że szczekocińska młodzież bardzo szybko nawiązała kontakt z klubem ms17 i dzięki temu pojechaliśmy później do Szczekocin w pełnym składzie klubu ms17 i działu edukacji. Miałam takie lokalne fuzje i wymiany myśli, ale nie poszukiwałam inspiracji za granicą, nie miałam też czasu, aby robić kwerendę, aby zobaczyć jak to gdzieś indziej działa. Dosyć długo to wszystko szło tutaj dobrze, ale nie mówię, że w przyszłości się tym nie zajmę.

Co ta współpraca daje muzeum? Wspomniała Pani, że dyrekcja wyrażając zgodę na powołanie klubu chciała sprawdzić, co zdaniem młodzieży jest ciekawe i w jakie tematy warto się angażować. Czy ta funkcja doradcza się sprawdziła?

Ona była incydentalnie używana, na przykład w momencie, kiedy Aleksandra Jach przygotowywała wystawę w przestrzeni ms1 i eksponowała rysunki, które były przez kuratorkę otaczane tabu obsceniczności i wulgarności, miały charakter wymownie erotyczny. Zaprosiłam ją na nasze zajęcia, aby pokazała te rysunki młodzieży, żebyśmy mogli o nich podyskutować. Uważałam tą sytuację za bezpieczną, dlatego, że powiedziałam im wcześniej, co będziemy robić i jeżeli ktoś nie ma ochoty tego oglądać, to może wtedy nie przyjść albo przyjść i tylko pić herbatę. Powiedziałam im, że będą zapytani o zdanie: „Co wy na to, i jak wasi koledzy na to zareagują?” To była bardzo dobra rozmowa, opowiadali o swoich odczuciach oraz o tym, co mogliby na ten temat powiedzieć ich koledzy i rodzice. To było bardzo cenne, ponieważ w trakcie przygotowywania wystawy jedna z organizatorek zastanawiała się nad tym, czy nie powiesić kartki ostrzegającej, że na wystawie zostały pokazane treści nieodpowiednie dla dzieci i młodzieży. Pan dyrektor bardzo się wzbraniał przed wieszaniem takiej kartki i stąd była ta rozmowa. Naszą młodzież potraktowano wtedy bardzo poważnie, kuratorka bardzo długo z nimi rozmawiała i pytała ich o przemyślenia.

Miała miejsce zabawna sytuacja, kiedy Joanna Sokołowska opowiadała o swojej wystawie „Zjednoczona Pangea” i zaszła bardzo daleko, mówiąc o ekologii, weganizmie, likwidowaniu śladu węglowego. Tymczasem my, montując wystawę „FIND ART”, mieliśmy incydent, że zgubił się jeden ze zwiedzających i wszedł na tę wystawę w trakcie montażu. Dzieciaki go przechwyciły, zrobiły mu bilet z tektury i oprowadziły po pustych ścianach mówiąc, co gdzie będzie wisiało. Kazały mu sobie wszystko wyobrazić, pokazywały na telefonie zdjęcia dzieł, długo opowiadali o ideach łączących prace. Więc gdy Joanna Sokołowska się zapędziła w swojej opowieści o tym, jak będzie zbawiać świat za pomocą wystaw, wtedy jeden z naszych klubowiczów opowiedział jej o tym oprowadzaniu. Joanna odpowiedziała: „To jest dopiero pomysł! Czemu ja na to nie wpadłam?” Pomysły naszej młodzieży były słuchane, nie odpychano ich na bok, nie wyśmiewano, co było bardzo profesjonalne z punktu widzenia muzeum.

To świetne historie, dlaczego zatem tylko incydentalnie byli traktowani jako rada?

Często bywa tak, że kuratorzy mają w głowie poukładaną wizję swojej wystawy i nie mają takich wątpliwości. Tak jak wcześniej wspominałam, nasza koleżanka kuratorka nie martwiła się tym, tylko ktoś zasiał w niej ziarno niepewności. Dopiero wtedy wpadła na pomysł, aby zapytać mój klub. Myślę, że to jest jeszcze jakaś lekcja do odrobienia, aby umieć się dopytywać. My też jako muzeum musimy się otwierać na dostępność. To, jakie rozmowy toczą się na temat dostępności wystaw, pokazuje, jak bardzo muzealnicy siedzą w swoich skorupach nieomylności. Ciężko jest wychodzić poza sferę komfortu, nawet jeżeli ten krok jest łatwo dostępny. Ja się bardzo cieszę, że te dwie niedziele w muzeum zostały zorganizowane bardzo profesjonalnie i przystępnie, łącznie z tym, że na obu niedzielach było wspólne gotowanie. Nie było zamówionego cateringu, tylko na wystawę Domu Mody Limanka gotowaliśmy razem wegańskie spaghetti, a przy zero waste była zaproszona profesjonalna kucharka, która pokazywała, jak robić kiszonki z różnych rzeczy, które normalnie byśmy wyrzucali, jak na przykład liście rzodkiewki. Młodzież robiła to wszystko i serwowała, naprawdę czuli się gospodarzami tego miejsca.

Czy ich rolą również było sugerowanie muzeum, co mogłoby się sprawdzić jako program towarzyszący dla ich grupy wiekowej?

Nasza młodzież ostro oceniała działania działu komunikacji. Twierdzili, że zasięgi, jakie osiąga muzeum, są niewielkie. Mieli szereg uwag do działania muzealnego Facebooka, część z nich mówiła, że przez wakacje chcieliby odbyć staż w muzeum, ale z prawem do przejęcia i rozhulania Facebooka. Ostatecznie do tego nie doszło, ale jako osoby z zewnątrz oni widzieli bardzo dużo niedomagań systemu. Na przykład kiedy przygotowywaliśmy wystawę „FIND ART”, klub został wpuszczony do magazynów, pokazywałam im profesjonalne systemy, MONĘ, katalogi kartkowe. Zauważyli niedomagania muzealnicze, między innymi błędy w podanych w inwentarzach wymiarach. Ja sama uczestniczę teraz w projekcie „Polska Cyfrowa”, oglądam w magazynach dzieła, które w większości jeszcze światła innego niż magazynowe nie widziały i między innymi zajmujemy się weryfikacją tych cyferek. Mamy tych obiektów strasznie dużo, nie wyobrażam sobie, aby nagle wszyscy muzealnicy ruszyli z miarkami do magazynów i to wszystko uporządkowali, ale dzieciaki z ms17 właśnie na zasadzie takich wrzutek bardzo dużo rzeczy zauważają.

Czy wydaje się Pani, że wpuszczenie osób z zewnątrz do muzeum po to, aby pomogły ten system zmieniać i pokazać, że można inaczej, jest możliwe z punktu widzenia muzeum jako instytucji?

Myślę, że to jest możliwe, tylko pytanie, co dalej? Jeśli młodzi klubowicze zauważyli, że w trzech różnych systemach mamy trzy różne wymiary tego samego obrazu, to co więcej możemy zrobić, prócz to zgłosić? Wiadomo, że muzea są totalnie niedofinansowane. Zajmujemy się szeregiem rzeczy wykraczających poza nasze karty stanowiskowe i stąd pytanie, czy w takim razie dyrekcja powinna zatrudnić nowe osoby, które ujednolicą te miary, czy zaangażować wolontariuszy, którzy będą siedzieli, mierzyli, a my będziemy im wmawiać, że to mega frajda, czy narzucić ten obowiązek na głowę i tak przeciążonych osób, które robią różne inne rzeczy. Można taką myśl mieć w pamięci i na przykład przy okazji takiego projektu jak „Polska Cyfrowa”, oglądając każde dzieło przy okazji pamiętać, aby je też zmierzyć.
Chciałabym wierzyć, że w świecie idealnym istnieją muzea, które słuchają publiczności, szanują swoich pracowników, dają im głos i budują taką atmosferę, żebyśmy się lubili. Prawda jest taka, że do muzeum idą pracować ludzie nie dla pieniędzy, ale dla pasji i sympatii. Chciałabym, aby to było uszanowane i podtrzymane, a nie, żeby nagle do muzeum, które jest instytucją budżetową, zostały wprowadzone bezduszne korporacyjne procedury. Nie narzekam, bo jestem pewna, że pracuję w bardzo dobrym miejscu, z fajnymi ludźmi, ale też wiem, ile pracy kosztuje takie dochodzenie do pewnych rzeczy.

10 grudnia 2020


W klubie ms17 i w projekcie Toolbox, z różną dynamiką i zmienną intensywnością, pili herbatę, testowali sztukę nowoczesną, krytykowali systemy kultury, sztuki i edukacji oraz byli w Muzeum Sztuki w Łodzi: Ania Andrasiak, Sabina Bałulis, Justyna Dominiak, Marysia Dorenda, Michał Gaszewski Gasik, Dominika Grzelak, Gonia Grzelak, Julia Isert, Julia Kaczmarek, Michał Kropiwnicki, Julia Lewańska, Weronika Ławniczak, Zuzia Masierek, Marta Miniszewska, Natalia Mularska, Jakub Olszak, Magdalena Płaczek, Jakub Rataj, Bartosz Rutowicz, Helena Sej, Kalina Smolec, Krystyna Split, Jakub Stefański, Matylda Suska, Jagoda Sydor, Lena Szychowska, Michał Tomecki, Wojciech Tomecki, Karolina Wieczorek, Karolina Wyrwas. Dziękuję Wam!

Agnieszka Wojciechowska-Sej


Dokumentacja fotograficzna wernisażu „Muzeum as Toolbox”
Dokumentacja fotograficzna Niedzieli w Muzeum: Reuse
Dokumentacja fotograficzna Niedzieli w Muzeum: Szwalnia Domu Mody Limanka