Idea pracy z publicznością w Muzeum Współczesnym Wrocław

MUZEUM WSPÓŁCZESNE WROCŁAW

W 2011 r. Muzeum Współczesne zostało otwarte w siedzibie tymczasowej – schronie dla obrony ludności cywilnej z okresu drugiej wojny światowej. W koncepcji programowej opracowanej przed ogłoszeniem konkursu architektonicznego na gmach muzealny (który nigdy nie powstał), sformułowana została misja nowej instytucji, uwzględniająca jej edukacyjną rolę: „rozwijanie i wzmacnianie relacji społecznych wobec sztuki współczesnej, kształtowanych dzięki lepszemu rozumieniu jej wartości poprzez działalność wystawienniczą, edukacyjną, powiększanie kolekcji i jej opracowywanie oraz tworzenie przyjaznych warunków uczestnictwa w sztuce”[1].

W początkowym okresie działalności silnie zaznaczyły się praktyki włączające rożne grupy odbiorców do działania i współtworzenia programów. Flagowym projektem stało się „Samoobsługowe muzeum”, określone przez jego kuratorkę jako „instalacja do budowania światów”, w którym odbiorca staje się współtwórcą konfiguracji obrazów, które znajdują się na ścianie.

Z dr. Bartłomiejem Lisem, kuratorem projektów społecznych w MWW w latach 2012-2017, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Muzeum Współczesne Wrocław wcześnie zaczęło myśleć ideą partycypacji, angażowania publiczności do działania. Jak do tego doszło, że w muzeum pojawiło się takie myślenie?

Teraz muszę to zrekonstruować, bo trochę czasu minęło nie tylko od zakończenia mojej pracy w muzeum, ale także od rozpoczęcia tej całej przygody. Był rok 2012, kiedy rozpocząłem pracę w MWW. W ostatnich miesiącach 2011 pomagałem ówczesnej dyrektorce Dorocie Monkiewicz realizować program konferencji naukowej, która odbyła się z końcem 2011, ale wtedy jeszcze nie miałem umowy o pracę. Koncepcja powołania instytucji pojawiła się w 2010 r., a w 2011 zainaugurowała działalność w, jak się wtedy wydawało, tymczasowej siedzibie w schronie przeciwlotniczym na pl. Strzegomskim. Ostatecznie okazało się, że ta prowizorka będzie ostateczną przestrzenią dla tej instytucji. Na początku musiałem się nauczyć współczytać zamysł jednej z inicjatorek tej idei, czyli Doroty Monkiewicz. Wspólnie z Piotrem Krajewskim była współautorką ideowego dokumentu poświęconego muzeum. Ten dokument przewidywał otwartość tej instytucji, przynajmniej deklaratywną. Wydaje mi się jednak, że na samym początku nie było to jeszcze dla większości z nas zrozumiałe, jak tę otwartość w polskich warunkach nowopowstającej instytucji można rozumieć.

Odpowiadam mało konkretnie, bo wydaje mi się, że to dla nikogo nie było czytelne i zrozumiałe. Ta instytucja powstawała i się trochę sama siebie uczyła. Zespół, który tam trafił, nie przyszedł na gotowe, tylko współuczestniczył w wymyślaniu tej instytucji. To z jednej strony ciekawsza sytuacja niż trafianie do instytucji, która już ma ugruntowaną pozycję i sposoby działania, ale z drugiej strony wymagało to od zespołu – w dużej mierze to był młody zespół – dużego zaangażowania, wydaje mi się, że poświęcenia dużo więcej, niż dzisiaj byłbym gotów poświęcić. Kiedy dzisiaj na to patrzę, dla wielu z nas muzeum było domem, takim, w którym się czasami nawet nocowało. Pamiętam takie sytuacje, na przykład kiedy oddawaliśmy wystawę. Wtedy wszystkie ręce szły na pokład. To był mały zespół, dwanaście osób, a instytucja wcale nie taka mała. W pierwszych latach prezentowaliśmy około trzydziestu mniejszych i większych wystaw rocznie. Nie wspominając o wydarzeniach, za które ja w coraz większym stopniu odpowiadałem. Początkowo odbywało się to na zasadzie wypracowywania wspólnie z dyrektorką tego, co może się w ramach programu publicznego wydarzać, a później w dziewięćdziesięciu procentach była to już moja suwerenna decyzja. To też jest kwestia dogrywania się zespołu i rozpoznawania siebie nawzajem.

Znaczące było to, że z wykształcenia jestem socjologiem i chociaż wcześniej miałem doświadczenie przy projektach z porządku sztuki, bo od 2009 do 2016 r. pracowałem z Fundacją Art Transparent przy realizacji projektu Przegląd Sztuki Survival, czyli sztuki w przestrzeni publicznej we Wrocławiu, jednak absolutnie nikt nie mógłby mnie nazwać historykiem sztuki, a tym bardziej artystą, czy kuratorem sztuki. To było ciekawe, że zostałem wzięty na pokład. Ostatecznie, jakbyś przyjrzała się temu, jak ten program wyglądał, to on tylko w jakimś stopniu dotyczył wprost sztuki. Były oczywiście wydarzenia dedykowane sztuce rozumianej w wąski sposób, ale szereg z nich bardziej odnosiło się do nazwy instytucji, czyli że to jest Muzeum Współczesne Wrocław, a nie muzeum sztuki współczesnej. Program publiczny był właśnie o współczesności.

Moim zdaniem muzeum ogromnie zyskuje, kiedy ma w swoim zespole socjologa, niezależnie od typu, czy jest to muzeum historyczne, czy muzeum sztuki. Podaj proszę przykłady projektów, które nie tyle polegały na prezentowaniu czegoś publiczności, ale na rozmowie z publicznością, wzajemnym uczeniu się.

Ważne jest, aby pamiętać o skali tego włączania. To nie tak, że każde z działań w ramach programu publicznego, za który odpowiadałem, czy edukacyjnego, za który odpowiadała również moja przyjaciółka Magdalena Skowrońska, zakładało przestrzeń na uwidocznienie się partycypacji. Partycypacja mogła polegać na tym, że instytucja była otwarta na głosy z zewnątrz. Mieliśmy bardzo dobre kontakty ze środowiskiem ruchów miejskich we Wrocławiu. Bardzo szybko staliśmy się rozpoznawani jako miejsce, do którego po prostu można zadzwonić czy napisać maila, umówić się na piwo czy na kawę i pogadać o tym, czy jest miejsce na realizację projektu dajmy na to z zakresu kultury filmowej, albo dla planistów i architektów, albo dla studentów kierunków społecznych, albo dla seniorów. Nie sposób jest skonstruować takiego programu samodzielnie. Współautorstwo było do pewnego stopnia rozproszone.

Pierwszy przykład, w który ja byłem bezpośrednio zaangażowany i który miał zdecydowanie charakter włączający i mocno społeczny, to projekt „Bez(do)mnie”. Zrealizowaliśmy go w kooperatywnie ze Szkołą Animatorów Kultury Skiba, studentami koła humanistycznego w ramach Wydziału Architektury na Politechnice Wrocławskiej oraz Katedrą Etnologii Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie były osoby, które przygotowywały rozprawy doktorskie z zakresu bezdomności. Muzeum było dla tych podmiotów spinaczem. W pobliżu muzeum znajduje się oddział Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta, schronisko dla mężczyzn w kryzysie bezdomności. Studenci z tych trzech szkół uczyli się perspektywy osób w kryzysie bezdomności, zbierali od nich informacje jak ten świat wygląda, sprawiając, że ci mężczyźni byli ekspertami w tych tematach – Jak się odnaleźć, kiedy jest zimno w mieście i nie masz gdzie spędzić nocy? Co robić, gdy się zakochasz i jesteś bezdomnym? Szerokie spektrum wątków. To trwało kilka miesięcy. Ważne jest to, że ta partycypacja była od samego początku, nie „dla”, tylko „z”. W efekcie wspólnie z osobami w kryzysie bezdomności powstała wystawa, która była prezentowana na piątym piętrze muzeum [maj 2012]. Modele prostych rozwiązań z papieru pokazujących jak wykorzystać papier czy tekturę do tego, aby stworzyć schronienie dla osób w kryzysie bezdomności były tworzone przez studentów, ale projekty miały sens tylko wtedy, kiedy ekspertami były osoby w kryzysie. Potem w czasie trwania wystawy ci panowie po niej oprowadzali. Część z nich chciała być obecna w randze opiekuna wystawy. Bardzo dużo osób przyszło na otwarcie. To był pierwszy moment, kiedy przestrzeń młodego muzeum w praktyce okazała się miejscem do współtworzenia programu razem z jej użytkownikami. To idea instytucji społecznie użytecznej, która dla mnie osobiście jest bardzo ważna. Taką, która nie jest tylko dla sztuki, ale dla szeroko rozumianych inicjatyw. Ten projekt głęboko zapisał mi się w pamięci.

W pobliżu muzeum powstał ogród społeczny, projekt realizowała Magda Skowrońska. Pracowała też ze szkołami średnimi w okolicy muzeum tworząc program „Trenuj sztukę”. Chodziło w nim o to, aby regularnie spotykać się z zainteresowaną młodzieżą, nie w ramach szkoły, lecz aby bawić się sztuką i sprawdzać, jak sztukę można wykorzystywać w przestrzeni publicznej. Za każdym razem staraliśmy się tak realizować działania, aby odbywał się jakiś symboliczny finał. Czasami były to takie działania społeczne, jak wspólne nocowanie w muzeum, robienie ogniska, potańcówka na dachu lub pokazy kina z udziałem mieszkańców Szczepina, dzielnicy w której MWW ma siedzibę. To był ważny proces otwierania się na Szczepinian – chcieliśmy jak najczęściej mieszkańców zaczepiać i zachęcać, aby przychodzili do muzeum w tej lub innej formule. Były działania wychodzenia poza gmach. Bo gmach jest dość opresyjny, to dawny schron przeciwlotniczy. Całą przyjazność, jaką miał przez lata powojenne, utracił wraz z powstaniem muzeum. Ta przyjazność polegała na tym, że w jego części znajdowała się hurtownia papierosów, pijalnia piwa, sex shop. Mieszkańcy kojarzyli to miejsce właśnie z tych usług, a wraz z pojawieniem się tam instytucji kultury jedną odgórną decyzją te wszystkie artefakty zostały wymazane, trochę tracąc łączność, którą ten obiekt miał z otoczeniem. Tego wszczepienia się w Szczepin trzeba było się ponownie uczyć.

Na początku te działania nie były skoordynowane. Może nie była to „wolna amerykanka”, ale testowanie i sprawdzanie. Przez sześć lat pracy w muzeum byłem kuratorem ponad trzystu wydarzeń, były to wystawy, warsztaty, projekty interdyscyplinarne, czy proste wykłady, gdzie ludzie mogli też proponować swoje tematy. Ale nie chciałbym, aby powstało utopijne wrażenie, że to była przestrzeń świadoma wykluczających z uczestnictwa w kulturze niższych kapitałów, które część czy większość z nas właśnie posiada. Tych, które są niewystarczające, aby uczestniczyć w tej kulturze. Z pełną świadomością ta „klientela” starała się rozszerzać o osoby o innych kapitałach symbolicznych czy kulturowych, jednak dominantę stanowiły osoby, które potrafiły sobie wyobrazić, że sztuka może się do czegoś przydawać i można się nią bawić. To jest długi proces – nie wiem, w jaki sposób on przebiega obecnie – aby starać się patrzyć na muzeum nie tylko jako miejsce dla sztuki i nie tylko dla studentów i studentek kierunków artystycznych.

Z jakim przyjęciem ze strony publiczności to się spotykało? Czy ludzie chętnie podejmowali formułę dialogu z instytucją, czy to było zbyt nowatorskie?

To nie jest łatwe, bo to nie jest sytuacja konsumencka. My sami musieliśmy się tego uczyć, nie powiem, że z całkowitym sukcesem. Każdy z nas miał jakieś „lubości”, przechyły. Świat sztuki bardzo mocno bronił i broni ekskluzywności tego doświadczenia. Sztuka to jest nabożność. Więc to nie było wyłącznie success story. Dlatego mówię o procesie. Na pewno szczęście ma ten, kto ma możliwość funkcjonować dłużej przy takim działaniu. Tak samo z publicznością, to też zajęło chwilę, zanim utworzyło się wokół instytucji grono osób, które czuły, rozumiały, że to jest miejsce, do którego można przyjść na imprezę na dachu, do kina, na warsztaty sensualne dla osób z dysfunkcjami wzroku, na wspólne gotowanie, na eventy bookingowe. Ludzie musieli się oswoić z tą przestrzenią. Pracowałem tam do listopada 2017 r. i to wciąż nie był zakończony proces. Nie chodzi też o to, aby z uczestników, użytkowników instytucji kultury od razu zrobić współtwórców, kogoś, kto coś proponuje. Warto te rzeczy zrównoważyć. Program powstawał także z myślą o tych, którzy chcą przyjść posłuchać, a nie muszą od razu się aktywizować. Pojawiały się osoby, które interesował dany temat. Nie daliśmy się zwariować tej bardzo głębokiej partycypacji. To jest kwestia doglądania i stałej pracy z uczestnikami/uczestniczkami, aby móc powiedzieć, że to jest naprawdę instytucja, która bazuje na użytkownikach i ich aktywności. Na pewno, kiedy kończyłem tam pracę, Muzeum Współczesne jeszcze taką instytucją nie było, ale kroki w tę stronę były od samego początku czynione.

Jak się miała propozycja tej formuły pracy, kiedy muzeum zaczynało, w stosunku do tego, co się działo we Wrocławiu? Czy inne instytucje w mieście pracowały w ten sposób?

Nieskromnie powiem, że moim zdaniem to była innowacja jeśli chodzi o Wrocław. Wcześniej instytucje kultury tak nie działały. Nie mówię, że teraz działają, ale na pewno bardziej jesteśmy to w stanie dostrzec, niż w 2012 czy 2013 r. Śmialiśmy się, że jesteśmy otwartym uniwersytetem z popularno-naukową przestrzenią. Robiliśmy więcej otwartych wydarzeń niż lokalne uczelnie. Reagowaliśmy szybko, kiedy w mieście działo się coś kontrowersyjnego. Była taka sytuacja, że na ul. Kamieńskiego pojawiło się romskie koczowisko. To byli Romowie, którzy przyjechali z Rumunii, ale trzeba wiedzieć, że romska mniejszość we Wrocławiu jest dosyć spora, a temat romski dość często pojawiał się w muzeum. To koczowisko nie miało żadnego wsparcia ze strony miasta, sytuacja sanitarna i epidemiologiczna była tam druzgocąca. Muzeum od razu zajęło stanowisko, nie czekaliśmy na rozwój sytuacji, tylko byliśmy w forpoczcie instytucji, które zabierały głos. To też zbiegło się z wystawą, którą wcześniej planowaliśmy „Domy srebrne jak namioty” [2014], to była wystawa wędrująca z warszawskiej Zachęty. Od razu odbyła się dyskusja. Ściągnęliśmy Jacka Żakowskiego, który przepytywał dyrektora Departamentu Spraw Społecznych, obecnego prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka na temat polityki miasta wobec Romów. To był mechanizm szybkiego działania. Jak było Euro, a Wrocław był jednym z miast gospodarzy, to od razu było pogłębienie tego tematu – była przestrzeń, aby rozmawiać o strukturach kibolskich, nacjonalizmie. Byliśmy stale w dialogu ze współczesnością i tym, co wokół. Na tamten czas muzeum było jednym z nielicznych przykładów jeśli chodzi o Wrocław. Nie wypowiadam się, jak to wyglądało w perspektywie całej Polski, ale we Wrocławiu to wcale nie było oczywiste, że muzeum wypowiada swoje opinie nawet w kwestiach politycznych. Wszystko jest polityczne i nie ma co udawać, że to nie przechodzi na sztukę, nie ma sztuki o niczym.

Czy z czasem inne wrocławskie instytucje podjęły ten model pracy czy cały czas byliście jedyni?

Dużo zmienił rok 2016, kiedy Wrocław był Europejską Stolicą Kultury, wtedy sporo zaczęło się dziać. Potem na bazie Biura Festiwalowego Impart ESK 2016, miejskiej instytucji powołanej do realizacji tego projektu, powstała Strefa Kultury Wrocław. Tak jak w Gdańsku jest Instytut Kultury Miejskiej, a w Poznaniu Centrum Kultury Zamek, tak we Wrocławiu Strefa Kultury, to podmioty, które się fajnie zaktywizowały. W obszarze sztuki popłynęła też jakaś nauka do bardziej oszronionych podmiotów, na przykład Muzeum Narodowego, zwłaszcza jak pojawił się Pawilon Czterech Kopuł. Jeszcze bardzo dobrze działało wrocławskie BWA, choć pewnie pojawienie się MWW i nasz pomysł na instytucję kultury był dla nich także pozytywnym bodźcem do dalszego rozwoju.

24 listopada 2020


[1] Piotr Krajewski, Dorota Monkiewicz, Muzeum Współczesne Wrocław. Koncepcja programowa, Urząd Miejski Wrocławia, Wrocław 2008.