Pomysł na Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

MUZEUM OSIEDLI MIESZKANIOWYCH W LUBLINIE

Muzeum Osiedli Mieszkaniowych to platforma do działań badawczych i partycypacyjnych, metoda pracy służąca do wypracowywania narzędzi. Instytucja oddolna, działająca projektowo. Ma swoją przestrzeń działania, buduje kolekcję, ale obiekty są wypadkową relacji, jakie się związują i jakie z perspektywy muzeum są najważniejsze. Stworzyła je grupa antropologów, architektów, urbanistów i badaczy miast zainteresowana osiedlami Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Wystawa w Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

Z Pauliną Pagą, prezeską Fundacji Teren Otwarty i inicjatorką muzeum, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Jak zrodził się pomysł na Muzeum Osiedli Mieszkaniowych?

Pomysł zrodził się mniej więcej w 2017 r. Przez około rok staraliśmy się zebrać środki i kogokolwiek przekonać do tego, że ten pomysł może się udać. Było to tym bardziej nieoczywiste, że nikt z nas nie jest muzealnikiem, nie mamy takiego przygotowania. Nasz pomysł był konsekwencją podjętych wcześniej działań. Jesteśmy grupą architektów, badaczy miasta, ja jestem kulturoznawczynią z zapleczem antropologicznym Poświęciliśmy kilka lat na badanie osiedli Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, która nas wychowała. Podeszliśmy do tego tematu używając narzędzi wypracowanych w dyscyplinach, którymi się zajmujemy. Doszliśmy do wniosku, że LSM była pewnego rodzaju eksperymentem społecznym, bardzo udanym z naszej perspektywy, czyli trzeciego pokolenia mieszkańców. Podobne zjawiska urbanistyczne, czy też architektoniczno-społeczne, doczekały się wielu opracowań, natomiast o LSM-ie nikt do tej pory nie myślał w ten sposób, nawet jego mieszkańcy. Mieliśmy perspektywę osób ze środka, wychowanych na osiedlach LSM, co dawało nam poczucie autentyczności, bycia stąd. Jednocześnie byliśmy też outsiderami, ponieważ bardzo wielu z nas albo już tam nie mieszka, albo spędziła lata w Warszawie i innych miejscach, po to, aby tu wrócić i zająć się w ten sposób naszym miejscem zamieszkania. Naszą uwagę zwrócił fakt, że jedno z osiedli zostało projektowane przez Zofię i Oskara Hansen, architektów o ukształtowanej renomie, a jednak nadal budzących kontrowersje, jednych z najbardziej rozpoznawanych architektów drugiej połowy XX wieku. Zainteresowało nas napięcie pomiędzy zainteresowaniem osiedlem ludzi z przygotowaniem architektonicznym i wieloma negatywnymi opiniami mieszkańców, związanymi najczęściej z faktem, że osiedle jest w bardzo złym stanie technicznym, po prostu się starzeje.

Z jakim przyjęciem lokalnych mieszkańców pomysł się spotkał?

O LSM-ie wypowiadało się wiele środowisk artystycznych i intelektualnych. Zdaliśmy sobie sprawę, że nikt nie pytał mieszkańców, jak oni się w tym czuli i jak się znajdują w zaistniałej sytuacji. W pierwszych naszych działaniach daliśmy podmiotowość mieszkańcom, przeprowadzając z nimi wywiady na temat LSM-u. Sami się od nich wiele nauczyliśmy. Jednocześnie angażowaliśmy osoby bardzo młode (od wieku przedszkolnego) poprzez organizację różnych warsztatów. Organizowaliśmy zajęcia rodzinne, wydarzenia dla studentów, zrobiliśmy szereg wywiadów ze straszymy mieszkańcami. Pracowaliśmy w logice grantowej, w związku z czym kończyliśmy robić to, do czego byliśmy zobowiązani, i znikaliśmy. Mieszkańcy pytali nas, gdzie to będzie można zobaczyć, więc mówiliśmy, że powstanie publikacja, którą przekażemy do spółdzielni. Wszyscy odczuwali niechęć związaną z tym, że przychodzą różne ekipy lotne. Dla mieszkańców nie miało żadnego znaczenia czy jesteśmy z tymi czy z tamtymi, tak wiele było ekip, które pojawiały się na osiedlu z jakąś interwencją, prowokując różnorakie publikacje medialne i znikali, a potem pojawiali się następni. Przez wiele lat dostawaliśmy burę za to, że ktoś przyniósł jakieś pudełka i ich nie zabrał po wydarzeniu. Byliśmy tymi dyżurnymi ludźmi, którzy przynoszą pudełka i zostawiają tę społeczność z jakimś nie-fajnym bagażem.

W pewnym momencie mieszkańcy zaproponowali nam, żeby zagospodarować zdobytą wiedzę o osiedlu i przekazać dalej tym kolejnym ekipom lotnym, żeby nie przychodzili do nich co chwilę nowi ludzie pytając o to samo. Chodziło im o to, żeby te dyskusje mogły być pogłębiane. Pierwszą potrzebą było stworzenie miejsca na poziomie badawczym, z którego można zbierać, czerpać, udostępniać i od którego można się odbić, aby pójść dalej. Stworzenie miejsca, które zbierałoby rożne głosy z osiedla. Z drugiej strony widoczna była potrzeba regularności i stałości – tego, że można do nas przyjść, coś dopowiedzieć, kogoś przyprowadzić, że wiadomo, na jakich zasadach działamy, w jakich godzinach można nas znaleźć.

Wystawa w Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

Wtedy zaczęliśmy myśleć o takich ramach para-instytucjonalnych. Jednocześnie nie chcieliśmy być zależni od jakiejkolwiek instytucji miejskiej, również finansowo. Z perspektywy lubelskiej nie wydawało nam się to opłacalne, ponieważ tutaj kultura od przegranych starań o tytuł ESK nie jest priorytetem, a miasto woli wspierać już istniejące instytucje i ich festiwale. W tamtym momencie nie wiedzieliśmy jeszcze, że to będzie muzeum. Nasza potrzeba mogła być w jakikolwiek inny sposób formalnie zorganizowana.

Rozpoznaliśmy, że osiedla LSM mają bogatą tradycję spółdzielczą i samorządową, tutaj nawet były testowane narzędzia prototypowe wobec budżetu obywatelskiego w latach 60. i 70. XX w. Wyobrażaliśmy sobie, że w opresyjnym systemie mieszkańcy i spółdzielnie eksperymentowali z bezpośrednią demokracją, a efektem tych eksperymentów było to, że funkcjonowało tu ponad sześćdziesiąt oddolnych miejsc spotkań.
Rozglądając się po osiedlu, zdaliśmy sobie sprawę, że obecnie poza domem kultury, który organizuje wokół siebie głównie wąskie środowisko seniorów, nie ma na osiedlu żadnego miejsca, w którym ludzie mogliby się spotkać bez wydawania środków na konsumpcję. W przestrzenni post-transformacyjnej okazało się, że galeria handlowa Leclerc i tamtejsze kawiarnie są miejscem, do którego przychodzą ładnie ubrane seniorki na herbatę i kawę, aby móc porozmawiać. Natomiast dla osób, które nie chcą wiązać sytuacji spotkania z wydawaniem pieniędzy na kawę, i jednak specyficznym środowiskiem Domu Kultury, nie ma takiego miejsca. Biorąc pod uwagę te trzy główne potrzeby, nasze i mieszkańców, zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, jaka forma mogłaby połączyć starszych i młodszych.
Wtedy przypomniało mi się spotkanie z Joanną Orlik, z Małopolskiego Instytutu Kultury, która na warsztacie zadała nam pytanie, jakie formaty wydarzeń czy sytuacji kulturalnych uważamy za przestarzałe i poprosiła nas, aby znaleźć sposób na przywrócenie im aktualności i żywotności. . W ten sposób zaczęłam się interesować strategiami nowego muzealnictwa i stwierdziłam, że to dziedzina, która jest najbliższa temu, czym się zajmujemy. Podchodzimy do badań z krytycznym spojrzeniem na dziedzictwo przeszłości, ale nie po to, aby ją odtwarzać, tylko po to, aby stworzyć okazję do zbiorowej refleksji na temat tego, gdzie znajdujemy się dzisiaj, nad zrozumieniem zjawisk współczesnych, miejskich, urbanistycznych, kulturowych, socjologicznych, społecznych, ale też tego, dokąd zmierzamy.

Wystawa w Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

To muzeum było dla nas bardzo wszechstronnym wehikułem czasu, który pozwala nam odbyć podróż do przeszłości po to, aby pomóc ulepić coś, co jest być może nawet chwilowym konstruktem, ale co nas połączy. To pomaga wytworzyć wspólnotę, a większość zainteresowanych tematem łączy fakt zamieszkiwania na osiedlach mieszkaniowych w miastach. Z badań CBOS z 2013 r. wynika, ze 40% Polaków mieszka na osiedlach mieszkaniowych, dlatego chcieliśmy uwzględnić również nowych mieszkańców, tych współczesnych.

Najpierw wycieczka w przeszłość pomagała nam budować coś, co pomaga nam się odnaleźć jako część wspólnoty, przejrzeć się nawzajem w swoich wspomnieniach, zauważyć jak różne zjawiska interpretowaliśmy, zaczynając od bardzo prostych odczuć bazujących na nostalgii, oglądając obiekty zgromadzone przez mieszkańców, aby wywołać okrzyk: „O! Ja też takie miałem!”, „Coś takiego stało u mojej babci”, „Jejku miałam tyle lat, jak ta gazeta wychodziła…” Chodziło o to, aby znaleźć wspólne ramy, aby się otworzyć, opowiedzieć coś o sobie, o własnym, jednostkowym doświadczeniu, aby następnie uczestniczyć w dyskusji prowadzającej do zbiorowej refleksji, odnieść się do tego, co powiedzieli inni na temat tej współczesnej rzeczywistości, ale też perspektywy tego dokąd zmierzamy – jak będziemy mieszkać, jak będą wyglądać miasta, jak je oceniamy z perspektywy dzisiejszej, te wysiłki budowania demokracji oddolnej, obywatelskiej, jakie są tendencje, w jaką stronę to się będzie rozwijać oraz jakie będą tego konsekwencje.

Format muzeum był nam potrzebny, aby stworzyć narzędzie do dialogu, również do tego, aby odwiedzający dowiedzieli się czegoś o sobie samych, aby mieli szansę odnieść się do różnych spojrzeń i odbyć rozmowę na konkretny temat związany z mieszkalnictwem, współczesnymi tendencjami urbanistycznymi, wreszcie po-transformacyjnymi przekształceniami ich najbliższej okolicy. Stworzenie ram i atmosfery do wymiany poglądów, wynikających często z różnicy doświadczeń: Zaplecza ekonomicznego, zdobytego wyksztalcenia czy pozycji społecznej, zajmowanej w obydwu systemach, w PRL i w okresie transformacji, które są nie bez znaczenia w kontekście poczucia sprawczości mieszkańców na najbliższą okolicę i szansy, że ich opinie są brane pod uwagę.

Nie przypadkowo pracujemy w pawilonie Hansenów, który sam w sobie jest obiektem muzealnym, został rozłożony na warstwy i pomalowany w oszczędnych, biało-czarnych kolorach. Pawilon stoi w sercu targu i dzięki przeszklonej strukturze budynku staliśmy się specyficzną sytuacją performatywną. Mieszkańcy mówią, że aby nas znaleźć, trzeba być harcerzem, albo z LSM, a najlepiej jedno i drugie. Dodatkowym wyzwaniem jest fakt, że aby do nas wejść, aby nas odnaleźć w labiryntach tego pawilonu, trzeba przejść przez sklep fryzjerski i minąć krawca. Hansenowie wyszli z założenia, że architektura ma kadrować i nam rzeczywiście kadruje życie codzienne na osiedlu, więc jesteśmy częścią instalacji. Kolejnym utrudnieniem jest to, że nie mamy oddzielnego adresu, wszystkie pawilony mają adres Wileńska 21, więc jest dosyć trudno wytłumaczyć, gdzie się znajdujemy. Starym mieszkańcom mówimy, że to dawny fryzjer na targu i oni od razu to dekodują.

Wystawa w Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

Z dawnego zakładu fryzjerskiego zostało nam stare, okrągłe lustro, które wisi w przedpokoju przy wejściu, ulokowane tak jak często się to widzi w polskich domach, aby przed wyjściem zerknąć do lustra i sprawdzić, czy wszystko jest ok. Używamy go jako metafory do tego, aby się przejrzeć w sobie nawzajem i w swoich doświadczeniach. Wyszliśmy z założenia, że eksponujemy elementy kuratorsko bardzo czarno-białe, faktograficzne, przez co rzadko opatrzone są naszym komentarzem, jedynie wypowiedzi mieszkańców zostały umieszczone na karteczkach. W związku z tym staramy się nie oceniać, lustro ma być zaproszeniem, aby się przeglądać w różnych doświadczeniach i z różnych perspektyw. Naszą rolę widzimy w tym, aby bardziej moderować ten dialog, niż aby to muzeum miało dostarczać gotowych odpowiedzi.

Jak muzeum działa? Jak wygląda forma i struktura organizacyjna?

Muzeum jest prowadzone przez Fundację Teren Otwarty. Chcieliśmy, aby to muzeum trochę rozmawiało o rewitalizacji osiedli. Ponieważ Pawilon Hansenów był od dłuższego czasu niezagospodarowany z uwagi na zły stan techniczny, warunki pracy są tam naprawdę trudne, dlatego łatwo go pozyskaliśmy, nie było wielu chętnych. Wcześniej był tam ciuchland, później rok stał pusty. . Doszliśmy do wniosku, że jest na tyle zdrowy, że nie trzeba go odgrzybiać, natomiast cieknie w kilku miejscach, ogrzewanie jest z retro kurzem z przed sześćdziesięciu lat. Latem jest stanowczo za gorąco, jak w szklarni, a zimą za zimno, ponieważ przez te jednoszybowe, nieszczelne okna, hula wiatr.

Pawilon pozyskaliśmy od Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, ale czynsz płaciliśmy sami, początkowo z dotacji, dopiero w sytuacji pandemii spółdzielnia zdecydowała się poluzować te opłaty, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni. Nasza sytuacja finansowo-organizacyjna jest na tyle niestabilna, że gdyby tego nie zrobiła, prawdopodobnie musielibyśmy się stamtąd wynieść, a kolekcję przekazać którejś z lubelskich instytucji kultury. Na szczęście to się nie wydarzyło.

Pierwsze środki grantowe dostaliśmy głównie dzięki zaufaniu pani dyrektor programowej Muzeum Żydowskiego w Berlinie. Próbowaliśmy znaleźć sojuszników tutaj na miejscu, co nie było proste, więc zaaplikowaliśmy o środki z Bundeszentrale für politische Bildung, czyli agencji federalnej Niemiec na działania wzmacniające demokrację. Uznaliśmy, że w robimy podobne rzeczy wokół dziedzictwa architektonicznego, co berlińczycy. Mamy podobne przemyślenia pewnych koncepcji urbanistycznych w nurcie socjaldemokratycznym i zastanawiamy się, na ile one są zasadne w wolnorynkowej rzeczywistości i czy jest sens do tego wracać i je reaktywować.

Pierwsze pytanie, które nam zadała pani dyrektor to: „Może byście to nazwali instalacją artystyczną? To co planujecie to nie jest muzeum”. Zdesperowana odpowiedziałam, że przez ostatnie pięć lat robiliśmy instalacje artystyczne i mieszkańcy nie chcą instalacji, nie rozumieją ich, a my musimy zrobić coś, co są w stanie zrozumieć, co jest w ich rzeczywistości, do czego powinni się odnieść i co powinni chcieć współtworzyć. Rozmowa o instalacji artystycznej powoduje, że zawsze będzie podział na nas i na nich, a muzeum daje szansę stworzenia formatu realnej partycypacji, która jest znacznie pełniejsza niż jakiekolwiek instalacje.

Pawilony targu, gdzie zlokalizowane jest Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

W kolejnej rundzie zadała nam pytania, z kim to będziemy robić, wiec wymieniliśmy najbardziej topowe instytucje kultury i sztuki z Lublina, o których myśleliśmy, że może jakieś echa wybrzmiewają w Berlinie, uczelnie, instytucje, jednak nawet nie błysnęło jej oko. Na koniec dodałam, że nie obroniłam magisterki na czas i musiałam wrócić na licencjat na UMCS i że uważam, że to było moje przeznaczenie, bo trafiłam do pani profesor Anny Ziębińskiej-Witek, która zajmuje się przedstawieniami muzealnymi komunizmu i strategiami nowego muzealnictwa. Okazało się, że panie się dobrze znają. To, że pani profesor zainteresowała się naszymi działaniami uspokoiło panią dyrektor i to proste zrządzenie losu sprawiło, że dostaliśmy środki, które uruchomiły lawinę zaufania, za którą poszły kolejne środki publiczne, które pozwoliły nam działać. Co ciekawe; kiedy początkowo w Lublinie próbowałam lobbować za pomysłem muzeum, nikt tego nie chwytał: współdzielczość tak, instalacja tak. Próbowałam tłumaczyć, że zmniejszając rozmach, odejmujemy sobie bardzo dużo wartości i że to nie będzie taka sama jakość. Dopierow momencie, kiedy zaufali nam Niemcy i zyskaliśmy ogromną jak na skalę Lublina dotację z agencji federalnej Niemiec, urząd miasta w Lublinie zdecydował się włożyć wkład własny i jednocześnie zaaplikowaliśmy na środki trzyletnie, wiec po raz pierwszy od początku naszych działań mogliśmy zbudować perspektywę i nastawić się na dłuższy proces. W związku z tym w 2018 r. zbieraliśmy treści, zgodnie z naszym założeniem miało to być muzeum bardzo dialogujące i partycypacyjne. W 2019 r. mieliśmy rozmawiać z formatami różnych modelowych osiedli z różnych miejsc i stymulować wyobrażenia idealnych osiedli przyszłości, aby zmieniać i przeformułowywać paradygmaty, wspólnie je wizualizować i negocjować. Wiedząc, że w 2020 r. może być różnie i że możemy nie mieć środków na realizację, albo że ten eksperyment może nie zadziałać, założyliśmy, że będziemy robić archiwa społeczne i przenosić działania do kanałów społecznościowych. To się idealnie wpisało w pracę w sytuacji pandemicznej, dzięki czemu udało nam się to złożyć w logiczną całość. W tym eksperymencie zaskoczyło nas to, że robienie partycypacji wymaga dużo większych środków i nakładu pracy zespołu. Jeśli chcemy się odwrócić od odgórnej perspektywy zarządzania instytucją i skierować w stronę bardziej poziomej, nieuchronnie wiąże się to z zaangażowaniem większej liczby ludzi, a tym samym większych zasobów finansowych. Zapraszanie ludzi do dialogu wymaga psychicznej siły i jednocześnie formułowania swoich granic. Jednak ta instytucja wychodzi z tego bezpiecznego gmachu. Zapraszamy do budowania autentycznych relacji. Z tej perspektywy jesteśmy nieprofesjonalni, bo zawieramy przyjaźnie z ludźmi, którzy do nas przychodzą. Budujemy relacje, ale to też ma swoje konsekwencje, to wymaga zespołu, aby potem dźwigać te relacje i je podtrzymywać.

Widok z Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

Jak duży jest zespół? Kto i jak się angażuje? Czy chęci do angażowania się jest nadmiar czy też trzeba ich szukać?

Zespół jest bardzo satelitarny, początkowo mieliśmy około ośmiu osób i zmienialiśmy się dwójkami w muzeum. Mieliśmy wtedy nieoczekiwanie bardzo mało środków na promocję i działania w internecie, nie mieliśmy też osoby, która mogła się tym codziennie zajmować.

Poszła fama w mieście i zaczęły się do nas zgłaszać szkoły i uczelnie z pytaniem, czy będziemy robić warsztaty i oprowadzania. Zaplanowaliśmy kilka warsztatów, które miały doprowadzić do stworzenia kolekcji, ale jednocześnie pozyskiwane środki poświęcaliśmy głównie na działania edukacyjne, ponieważ była wtedy taka potrzeba.

Dzwonili do nas nauczyciele z pytaniem, czy jesteśmy w stanie im coś zaproponować, więc staraliśmy się szyć na miarę warsztaty dla uczniów i nieoczekiwanie stworzyliśmy poniekąd własną metodologię, stanowiącą upcycling tego, co jest na świecie. Nazywam ją tak dlatego, że uzupełnia te elementy, które mamy w kolekcji, te, o których chcieliśmy mówić oraz te mało zaakcentowane.

Mamy ograniczoną przestrzeń ekspozycyjną, a jednocześnie perspektywa partycypacyjna sprawia, że doceniamy każdy jeden gest przyniesienia czegokolwiek. Jeśli ktoś przyniósł tylko młoteczek czy klamkę, jest to dla nas równie ważne, co walizka koneserskich przedmiotów z tego okresu. Wielu mieszkańców mówiło, że przetrzymują niektóre rzeczy, bo maja do nich sentyment, nie potrafią ich wyrzucić. Byli też tacy, którzy czyścili mieszkania po rodzicach, dla nich te przedmioty miały ogromną wartość pozafinansową i potrzebują tego muzeum, aby za pięć-dziesięć lat przyjść tutaj ze swoimi partnerami czy dziećmi i powiedzieć, „Tak wyglądało kiedyś nasze mieszkanie, w tym dorastałem”. Część w sposób partycypacyjny stworzona przez mieszkańców w założeniu miała rotować.
Potem zrozumieliśmy, że to, co może działać na zasadzie wystawy tymczasowej, to tylko nasz wkład kuratorski. Jak odjęliśmy część powstałą partycypacyjnie i część wkładu kuratorskiego o Hansenach, okazało się, że zostało nam bardzo niewiele przestrzeni muzeum, którą możemy przeznaczyć na wystawy czasowe, więc postawiliśmy na działania warsztatowe.

Poszukujemy, w porozumieniu z lubelskimi instytucjami, przestrzeni, w której będziemy mogli kontynuować działania wystawiennicze i łączyć je spacerem kuratorskim pomiędzy punktem A i B, tam robić wystawy czasowe, a tutaj stworzyć wystawę stałą.

Mamy cykl dla różnych grup wiekowych powiązany z miastami przyszłości, one wbrew pozorom nie są futurystyczne. Staramy się odnieść do współczesnych wyzwań i wspólnie wyobrażać, jak za trzydzieści lat będziemy mieszkać, jeśli dalej będziemy robić to, co robimy, jak może wyglądać obieg dostaw jedzenia i śmieci w mieście, jak się zmieniają funkcje mieszkań i osiedli. Okazuje się, że te rozwiązania wcale nie są takie, jak kiedyś sobie wyobrażaliśmy miasta przyszłości, że będziemy latać jak w „Piątym Elemencie” wielotorowymi jezdniami na różnych wysokościach, tylko, że to może być znacznie bardziej skromne i oszczędne, w sposób zorientowany na odpowiedzialną konsumpcję albo cykliczny obieg różnych dóbr.

Chcieliśmy zrobić antropologiczny projekt o tym, dlaczego te osiedla były przyjazne i o idei osiedli, aby je wyjąć z narracji o PRL-u, a wyszedł nam projekt o demokracji. Mając założenie, że to Bundeszentrale finansuje tego typu działania (opisaliśmy wtedy te osiedla, rozumiejąc je jako mikro-demokracje), w czasie całego procesu myśleliśmy ukierunkowani grantem i zdaliśmy sobie sprawę z tego, że architektura i sposób, w jaki mieszkamy, jest niesłychanie polityczny. W takim razie jako mieszkańcy moglibyśmy mieć duży wpływ na zaangażowanie tak zwanej strony społecznej w humanizowanie najbliższej okolicy, dbałość o zieleń, miejsc spotkań i taki kameralny oddolny klimat, wynikający ze wzajemnej życzliwości i troski o najbliższe otoczenie gdyby było większe zaufanie na linii samorząd lokalne czy inna władza a mieszkańcy, ale też gdyby mieszkańcy wierzyli w to, że angażowanie się na rzecz dzielnicy ma sens.

Wystawa w Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

Czy z tym są powiązane badania społeczne, czy to jest raczej temat do warsztatów z grupami, które się zgłaszają?

Jesteśmy orędownikami badań w działaniu, takich, które mają perspektywę aktywistyczną, których założeniem jest zmiana. Czasami to działa bardziej na zasadach hipotezy badawczej. W pierwszym okresie zadawaliśmy pytanie, co by się musiało zdarzyć, aby mieszkańcy zaczęli się angażować na rzecz swojej okolicy. Teraz rozumiemy, że różnorodność form mieszkalnictwa, czyli fakt, że mamy i mieszkania społeczne, które w Polsce kojarzą się głównie z mieszkaniami socjalnymi, i mieszkania spółdzielcze, jest narzędziem miejskim do tego, aby się angażować. Zwłaszcza że różnicowanie dostarczycieli tych mieszkań a także samych mieszkańców, również pod względem zamożności, ma bezpośrednie przełożenie na charakter najbliższej okolicy. A tworzenie warunków, w których mieszkańcy mogą współdecydować przekłada się na jakość, przyjazność i trwałość, więc w długofalowej perspektywie również na racjonalizację kosztów.

Doszliśmy do wniosku, że w polskiej neoliberalnej rzeczywistości to sektor prywatny dostarcza mieszkania, dlatego zdecydowaliśmy się zrobić grę, która sprawdza perspektywę deweloperów. Skoro oni są realnymi graczami, to chcielibyśmy ich włączyć do dyskusji. Odbywamy krótkie warsztaty metodologiczne, które pomagają wyjść studentom i nam w miasto i zadawać pytania, które jako proces badawczy są przetworzone para-artystycznie. Z tego tworzymy rodzaj kolekcji muzealnej, w której częściowo płacimy artystom z zewnątrz, aby wykonali swój odważniejszy i czasami bardziej merytoryczny komentarz. Plan tych badań jest taki, że treści zaobserwowane w ich trakcie, mają służyć do tego, aby powstał bardzo dialogiczny produkt. Dlatego ostatnio jesteśmy fanami gier, najpierw zrobiliśmy planszówkę, teraz zdobywamy środki na grę internetową.

Podczas procesu tworzenia muzeum mieliśmy wykreować perspektywę wokół miejsca, jednak w toku działań badawczych dotknęliśmy tematów, gdzie źródła są systemowe, a nie tylko lokalne. To też pozwoliło nam w tym dialogizującym formacie muzeum zrobić coś, co nam się nie udawało w trakcie konsultacji społecznych. Zobaczyliśmy zjawiska z zzoomowanej, takiej meta-perspektywy, czyli że podstawy tych wyzwań są na poziomie kilku systemów. W związku z tym naszymi partnerami do dyskusji niekoniecznie są ludzie z Lublina, to mogą być osoby z Warszawy, Katowic, Szczecina, ale równie dobrze włodarze miejscy i działacze ze Berlina, Tbilisi, Lipska, Aten, Wiednia czy Goteborga . Nagle okazało się, że to, co robimy, jest przetłumaczalne, że nasze muzeum traktowane narzędziowo, edukacyjnie, używane jako ćwiczenia z myślenia nad architekturą i przestrzenią publiczną, jest możliwe do przeniesienia na inne grunty.
Wracając do tego, że w Lublinie kultura nie jest priorytetem finansowym, musimy tych środków poszukać na poziomie międzynarodowym, to warunek, abyśmy ocaleli w takiej formie.

Zaczynaliśmy od krótkich zajęć, przychodzili do nas różni odbiorcy, ciekawym doświadczeniem było nauczenie się jak opowiadać o tym samym w różny sposób i jednocześnie mówić ludziom dosyć złożone kwestie z obszaru budownictwa, mieszkalnictwa, infrastruktury. To było też ćwiczenie dla nas, aby znaleźć język i adekwatność, aby o tym opowiadać.
Chyba największym sukcesem były dla nas seniorki z lokalnego klubu seniora. Powiedziały nam, że mieszkają tutaj od początku funkcjonowania tych osiedli i że wątpią, aby w muzeum dowiedziały się czegoś o tej okolicy, czego same jeszcze nie wiedzą. Przyszły, aby się ze sobą spotkać, umówiliśmy się na półtorejgodzinne oprowadzanie, które w ostateczności przeciągnęło się na długie godziny. Panie były zaskoczone tym, że historia mieszkalnictwa i planowania osiedli może być tak emocjonująca i zostały znacznie dłużej niż planowały, dzieląc się opowieściami.

Zachęceni takimi reakcjami postanowiliśmy proponować grupom, które już u nas wcześniej były, formaty nastwione na proces, długofalowe. Mieliśmy ambicję, aby iść tropem innych dzielnic i odkrywać z mieszkańcami to samo i zdaliśmy sobie sprawę, że trochę brakuje nam na to zespołu, środków na systematyczne działania ale również i uważności na takie długofalowe wsłuchiwanie się w daną społeczność i jej towarzyszenie. To znaczy, że ten proces, który odbył się na LSM-ie na modelowych osiedlach, był bardzo osadzony w czasie. Zajmujemy się tym od siedmiu lat i to jest naprawdę proces, który pozwala naprawdę się zaangażować i zrozumieć rzeczywistość tych konkretnych mieszkańców.

Wystawa w Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

Czy działacie tylko w obrębie LSM-u, czy wychodzicie też dalej?

Myśleliśmy, że obejmiemy inne dzielnice i miejsca, ale zdaliśmy sobie sprawę, że to by było nieuczciwe, wobec pozostałych lokalnych społeczności. Nie możemy tym mieszkańcom syntetyzować tego, do czego doszliśmy tutaj. O wiele bardziej interesuje nas poruszanie się tym wehikułem na linii czasu przeszłość-przyszłość, niż odtwarzanie takiej historii dziejów społecznych na innych osiedlach. Czuję, że dla mnie przynajmniej ten temat się wyczerpał. Jesteśmy bardzo chętni, aby wychować drużyny, które miałyby chęć odbyć tę podróż jeszcze raz i podzielić się naszym doświadczeniem i sposobami działań, ale ja już nie mam w sobie takiej ciekawości na kolejnych ludzi i poznawanie ich historii od początku.. Chętnie za to się podzielilmy narzędziami i wiedzą, a także podejściem do pracy na poziomie pewnego etosu z młodymi ludźmi, którzy chcą takie rzeczy robić.

Wiem, że coraz więcej podmiotów robi podobne działania, na przykład Laboratorium Miasta na warszawskiej Woli, eksplorowanie Nowej Huty w Krakowie. Te inne inicjatywy są często może nawet bardziej kompleksowe i pogłębione, jeśli chodzi o analizę historyczną. Jednak my chcielibyśmy już wystartować w przyszłość, a dogłębną eksplorację przeszłości zostawić innym, którzy chcieliby połączyć siły. Jest jeszcze wiele do spenetrowania.
Mam też świadomość, że jest jeszcze wiele osób, z którymi jeszcze nie rozmawialiśmy, to jest odchodzące pokolenie, twórców, budowniczych, ideowców architektów, inżynierów, animatorów życia kulturalnego, społecznego z tego okresu. My dostawialiśmy namiary na te osoby metodą kuli śnieżnej, ktoś z nami porozmawiał i polecił nas innym osobom. Nasze moce przerobowe w pewnym momencie okazały się niewystarczające. Mamy listę kontaktów, do których mieliśmy wrócić nie robiąc projektów nastawionych stricte na pamięć.

W toku prac przy tworzeniu Muzeum zdaliśmy sobie sprawę, że mieszka tu wiele osób samotnych, które chciały nam opowiedzieć część historii swojego życia po to, aby kiedyś ktoś mógł ze spokojem tego wysłuchać. To są relacje wymagające dużej uważności, podążania za rozmówcą i nastawienia się na autentyczny kontakt.

Pamiętam, że niejednokrotnie przechodziły nam ciarki, kiedy słuchaliśmy tych historii. Był taki czas, że zostało u nas więcej kobiet. Przychodziły kobiety, które były mamami, często samotnie wychowującymi dzieci, były jedynymi żywicielkami rodziny, pracującymi na dwa etaty. Historia tych osiedli była o tym, że one tworzyły taką sieć samopomocy a za potrzebą form społecznej samoorganizacji szła potrzeba miejsca. Więc pierwszy Prezes LSM, później minister budownictwa, Stanisław Kukuryka tworzył infrastrukturę społeczną dla osiedlowych klubów kobiet czy Klubu Praktycznej Pani Telimena. Często dzięki wsparciu sąsiadek te kobiety mogły dźwignąć swoje problemy. One nam opowiadały o trudnych sytuacjach, przez które niejednokrotnie byłyśmy bardzo wzruszone. Pojawiło się u nas m.in. małżeństwo pani Renata, fryzjerka i pan Witold, który mówił nam, że jest robotnikiem, a mówił językiem intelektualisty. Opowiadali nam o tym jak spędzali czas wolny. Kiedy wyszli, zdałyśmy sobie sprawę z tego, jak nudne mamy życie. To były spotkania, które szalenie zmieniały nasze perspektywy. Sama zostaję z pytaniem jak to dalej ugryźć, aby zagospodarować ten potencjał i jednocześnie jak to nałożyć to na nasze potrzeby rozwojowe.

Wystawa w Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

Powiedz jeszcze o kolekcji, jak ona narastała?

Początkowo magazyn Lubelski Informator Kulturalny ogłaszał nasze godziny otwarcia w kolejnych miesiącach. Żartowano, że to jest jedyne muzeum w Lublinie, w którym niczego nie ma i myśmy to dzielnie wytrzymali siedząc siedem czy osiem miesięcy przy pustym stole. W tym czasie odświeżyliśmy pawilon, przynieśliśmy z wystawki stół z okresu PRL-u, krzesła i wzięliśmy od koleżanki z piwnicy ekspres do kawy. Naszą główną inwestycją były ładne filiżanki. Panie, które nas odwiedzały tak pięknie się stylizowały na to spotkanie, broszka w berecie korespondowała z klamerką przy pasku, wszystko było przemyślane, więc dawały nam odczuć, że bardzo planowały to spotkanie z nami, e to było dla nich ważne wydarzenie. My też czuliśmy się zobowiązani, żeby schludnie wyglądać i mieć naszykowany stół z kawą, lemoniadą i jakąś przekąską na przyjście gości. . Czekaliśmy osiem miesięcy aż w efekcie tych spotkań i długich rozmów coś się zacznie pojawiać. Byliśmy w gotowości do rozmów przy kawie, ale też braliśmy pod uwagę, że to w ogóle może się nie wydarzyć – na przykład liczyliśmy się z tym, że część kuratorska będzie od nas, a przez mieszkańców będzie tylko opatrzona komentarzem. W sierpniu, kiedy siedziałam w wakacje w tym gorącym pawilonie, zgłosiły się do nas dwie osoby, które musiały wyczyścić mieszkanie po rodzicach. Dostaliśmy od nich meble, które stanowiły główną część urządzenia mieszkania.

Wystawa w Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

Ustawiliśmy je tak, jak to było w mieszkaniach w tego okresu. Wtedy zaczęli do nas przychodzić mieszkańcy i mówić: „A, to o to wam chodziło”. I zaczęli nam urządzać mieszkanie. Zaczęli nas traktować, jakbyśmy byli młodym małżeństwem, które się wprowadziło i miało trudność z pozyskaniem wyposażenia mieszkania. Oni po prostu zaczęli się organizować, aby urządzić nam mieszkanie, poczynając od mebli, przez sprzęty, po czasopisma, golarki, masażery, radioodbiorniki, telewizor, gramofony. Zaczęły się potem nami interesować stacje telewizyjne. Dziennikarze przyszli do nas nagrać materiały na felieton. Byłam bardzo uważna, aby mówić o mieszkalnictwie i dużo mniejszą część wypowiedzi poświęcić obiektom z okresu PRL-u i „małej stabilizacji”. A potem komunikaty w mediach pojawiły się z nagłówkiem „Muzeum socjalizmu w Lublinie”. Zaprosili nas też to telewizji śniadaniowej i tam nawet nie pozwolili nam powiedzieć, dlaczego robimy Muzeum Osiedli Mieszkaniowych, tylko wszystkich interesowało to, jakie obiekty już mamy z tego okresu, a jakich nie. Potem kiedy przychodziły kolejne osoby do muzeum socjalizmu, przestałam w tym walczyć. Zapraszałam je do tego pokoju, aby rozmiękczyć temat z myślą, że być może uda się coś nagrać w kontekście mieszkalniczym czy urbanistycznym.

To, że różne osoby przyniosły dołożyć swoją cegiełkę do muzeum socjalizmu, paradoksalnie sprawiło, że dostaliśmy bardzo ciekawe wywiady z obszaru, który nas interesował. Staraliśmy się rozmawiać o tym okresie bez oceny osób czy postaw, ale mówić o ludziach postawionych przed konkretnymi wyborami w różnych okolicznościach. Z tych licznych rozmów zmontowaliśmy „Rozmowy na temat”,z podziałem na wątki tematyczne i powkładaliśmy w retro-aparaty telefoniczne. Kiedy podniesie się słuchawkę i naciśnie jeden guzik, to usłyszymy jeden wątek.

Później zatrzymaliśmy już falę przynoszenia obiektów. Mówiliśmy, że w 2020 r. przeniesiemy kolekcję do internetu i że tam będzie rozbudowana, ale póki co nie dostaliśmy dotacji, która by pozwoliła na odpowiednim poziomie postawić system naszej strony. Chcemy żeby w przyszłości nowa strona internetowa muzeum dawała możliwość samodzielnego ładowania różnych treści w oparciu o nasze schematy, ale przy zaangażowaniu moderatora.

Mamy teraz w głowach kilka strategii na rozwijanie działań i w ruletce grantowej patrzymy, na co uda nam się zdobyć pieniądze. Jeśli uda nam się zdobyć środki na działania edukacyjno-wystawiennicze, to pokażemy nową część kolekcji w Centrum Spotkania Kultur. To obiekt monumentalny, nie-zapraszający, kojarzący się z prestiżem i estymą, i chcemy go tą kolekcją ocieplić. Inny pomysł to staranie się o środki na działania w internecie – znaleźć sposób na to, aby tak opowiadać zdjęciami i historiami, aby łączyć je z historiami spoza Lublina.

Wystawa w Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

Czy w toku spotkań, rozmów, pojawiły się osoby, które mówiły, że chciałyby działać z Wami, dołączyć do zespołu?

Mieliśmy stażystów, tylko w naszym zespole są osoby bardzo samosterowne. Ja nie lubię kontrolować, lubię dawać ramy, dużo zaufania i przestrzeni, jednocześnie finalnie na poziomie wydatków różne rzeczy trzeba kontrolować. Zazwyczaj zapraszam do współpracy osoby, które są bardzo świadome swojej ścieżki rozwojowej i daję im pole, aby się rozwijać. Osoby w wieku studenckim były bardzo pomocne, ale też nie wychodziły z inicjatywą. Wielokrotnie skorzystaliśmy z ich pomocy, ale nie zauważyłam, aby ktoś z nich chciał się tu szerzej wypowiedzieć i zrobić coś więcej. Za to dzięki zaangażaowaniu muzeum o osiedlach LSM powstają prace licencjackie i inżynierskie, a młode osoby korzystają z naszej biblioteczki, w czym też widzimy wielką wartość.

A spośród mieszkańców-seniorów?

Tak, mamy dwie takie osoby. Pan Euzebiusz, który jest starszym aktywistą, ma ponad osiemdziesiąt lat, jest jednym ze współtwórców muzeum. W pewnym momencie, kiedy byłam w ubiegłym roku chora, dzierżył klucze, umawiał ludzi na spotkania, proponował różne rozwiązania. Ale z nim była taka sytuacja, że w pewnym momencie zgłosił swój projekt artystyczny, na który nie zgodziła się reszta kolektywu muzealnego. Każdy z nas realizuje różne projekty i te z nich, które wpisują się w ideę MOM, robimy wspólnie, ale też są takie, które są projektami bardziej autorskimi. Pan Euzebiusz miał pomysł na format, który nam się wydawał mało inkluzywny, bardzo konceptualny i mało czytelny dla młodszej części publiczności. Spędziliśmy dużo czasu na tym, aby go przeformułować, ale finalnie pan Euzebiusz nie zgodził się na to. Mówił, że to jest jego autorski pomysł i czuje, że on jest albo zawłaszczany, albo wypaczany. W tej sytuacji zaproponowaliśmy mu wsparcie merytoryczne i organizacyjne, jeśli to będzie jego indywidualny projekt, no i on się zniechęcił. Nie zrealizował jeszcze tego projektu, nie obraził się na nas, ale na pewno czuł zawód. Nadal się przyjaźnimy, ale tak to już jest z naszymi muzealnymi przyjaźniami, że w pewnym momencie dochodzimy do etapu, w którym nasi współpracownicy usamodzielniają się w swoich ścieżkach działań i potrzebują pójść swoją drogą.

10 listopada 2020

Zdjęcia udostępnione przez Muzeum Osiedli Mieszkaniowych

Strona muzeum