Współpraca ze społecznościami w Szczekocinach

MUZEUM SZTUKI W ŁODZI

Muzeum Sztuki w Łodzi od 2010 roku współpracuje z Zespołem Szkół w Szczekocinach – zespół Działu Edukacji każdego roku organizuje tam serię warsztatów i projektów, a wycieczki młodzieży ze Szczekocin odwiedzają muzeum. Punktem wyjścia do nawiązania współpracy był fakt, że w Szczekocinach przez półtora roku mieszkali Władysław Strzemiński i Katarzyna Kobro, twórcy kolekcji, na bazie której zbudowane zostało muzeum.

Projekty oparte są na współpracy z chętnymi grupami, działaniu „z”, nie tylko „dla”. Sytuacje są projektowane przez zespół Działu Edukacji, jednak wypełniają go treścią uczestnicy projektu.

Projekt „Julian Jończyk. Świetlisty” zrealizowany w Szczekocinach w 2019 r.

Z dr. Leszkiem Karczewskim, kierownikiem Działu Edukacji, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Na czym polega cykliczna obecność Muzeum Sztuki w Szczekocinach?

Prawda, jak podejrzanie pachnie kolonializmem? Oto przyjeżdżają muzealnicy z Łodzi zapalić kaganek oświaty na prowincji?

Takie są fakty.

Niby tak. Niby grupy ze Szczekocin również przyjeżdżają do Łodzi, żeby zaczerpnąć z krynicy wiedzy. Rzeczywistość jest jednak ciekawsza. Bo to Szczekociny w osobie Mirosława Skrzypczyka, w 2010 r. wicedyrektora i nauczyciela języka polskiego w Zespole Szkół w Szczekocinach, zwróciły się do nas. To on przypomniał nam, że w Szczekocinach w latach dwudziestych mieszkali Kobro i Strzemiński. To on zaproponował, abyśmy coś w związku z tym razem zrobili. Szczekociny są specyficznym miejscem. Bo cóż można powiedzieć o Szczekocinach? Tak zwana opinia publiczna kojarzy dwa fakty. Upadła tam Insurekcja kościuszkowska, a kilka lat temu w wypadku zderzyły się dwa pociągi. Pomiędzy tymi dwiema datami zieje pustka.

Szczekociny to gmina wiejsko-miejska, mieszka w nich około cztery tysiące osób. Leży w trójkącie pomiędzy Częstochową, Kielcami a Krakowem. Najbliższa większa miejscowość to Zawiercie. Nie jest to metropolia kulturalno-oświatowa. Paradoks polega na tym, że z tym miasteczkiem związanych jest bardzo dużo ważnych dla polskiej kultury osób: Julian Jończyk jest ze Szczekocin, Henryk Morel jest spod Szczekocin, Paweł Jasienica mieszkał tam prawie dziesięć lat, Strzemiński i Kobro mieszkali tam półtora roku, Henryk Stażewski w czasie wojny. Jeśli porównać daty, to Katarzyna Kobro najważniejsze tezy rewolucjonizujące rzeźbę w XX w., obliczania rytmu czasoprzestrzennego formułuje w Szczekocinach, co przez lokalną społeczność było wówczas, w 2010 r., zupełnie zapomniane. Mówię o awangardzie, a tam nawet kina nie ma. W 2010 r. na miejscu były trzy restauracje, teraz jest jedna. Szczekociny się wyludniają. To jest spowodowane otwarciem granic, także granic mentalnych. Szczekociny miały być wielkim mocarstwem komunistycznej Polski powiatowej. Powstała tam Spółdzielcza Agrofirma, czyli zakład przetwórstwa owoców, który istotnie nawet dzisiaj jest potentatem, jeśli chodzi o produkcję soku z jabłek. Ale poza nią Szczekociny oferują niewiele.

Dodatkowo wszyscy żydowscy mieszkańcy Szczekocin zostali zamordowani w 1942 r. w Treblince. Obok w Lelowie jest grób – ohel cadyka Dawida Bidermana. Ale pamięć o żydowskiej społeczności w 2010 także nie była żywa. Z mojej perspektywy o wszystkim pamiętał tylko Mirosław Skrzypczyk. Mirek jest Piotrem Skrzyneckim Szczekocin, Lelowa i okolic, charyzmatykiem, który animuje życie kulturalne tej części Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Pracuje przede wszystkim z młodzieżą, a szkoła na powiatowej prowincji jest przecież głównym aktorem działań społecznych i kulturowych. To on rozpoczął odpominanie tradycji awangardowej i żydowskiej. To on zaproponował, abyśmy pracowali ze szczekocinianami, równolegle poświęcając uwagę zarówno tradycji awangardy dwudziestolecia, jak i pamięci o społeczności żydowskiej. Tak też od początku robimy. Więc nie jesteśmy aż takimi kolonizatorami. Przede wszystkim chodziło o to, aby znaleźć coś unikatowego w skali małej ojczyzny, jaką są Szczekociny.

Projekt „Julian Jończyk. Świetlisty” zrealizowany w Szczekocinach w 2019 r.

Z punktu widzenia młodzieży Szczekociny nie są najfajniejszym miejscem do życia. Młodzi ludzie nie mają co ze sobą zrobić. Dosyć wcześnie kończy się szkoła, busy rozwożące dzieciaki do okolicznych miejscowości odjeżdżają około godz. 13:00–14:00, plan dnia ustawiony jest pod busy. A co robić w Szczekocinach? Nawet na przysłowiowe piwo nie można pójść, bo istnieje niemal stuprocentowa pewność, że niegdyś w jednej z trzech restauracji, a teraz już w jednej, będzie ktoś z grona pedagogicznego i zobaczy, że nieletni spożywają alkohol. Dzieciaki, które w 2010 r. miały już internet i widziały, że za miedzą toczyło się inne życie, zaczęły stamtąd odpływać już na poziomie szkoły średniej. W tej chwili Zespół Szkół w Szczekocinach ma spory problem z naborem. A to jest gigantyczna szkoła, tysiąclatka z lat 80., która zieje pustką. Budynek ma miejsce na pewnie tysiąc uczniów, a dzisiaj część szkoły stoi pusta i odgrodzona kratą. Nauczyciele mają problem z pensum. Więc głos Mirka Skrzypczyka był rzeczywistą potrzebą animacji życia kulturalnego w tej społeczności. Nie chodziło o to, aby stanąć w reflektorze sławy, ale o zdiagnozowane przez niego rzeczywiste potrzeby tej społeczności.

Więc przyjeżdżamy w 2010 r. i śpimy na zapleczu sali gimnastycznej. W szkole jest gigantyczna hala sportowa. Jej wnętrze wypełniają trzy połączone ze sobą pełnowymiarowe boiska do siatkówki. Hala ma imponującą infrastrukturę dla zespołów sportowych, by mogły tam myć się, spać i od razu brać udział w rozgrywkach. Jest widownia dla publiczności. Zwykle szkoła oferuje nam to właśnie zaplecze infrastrukturalne, jemy w miejscowej restauracji, albo na szkolnej stołówce. Pracujemy z młodzieżą w przedszkolach, szkole podstawowej, liceum i z dorosłymi. Idziemy falą. Dosyć szybko uprawomocnił się format rezydencji edukacyjnej. Jedziemy zatem tam na kilka dni i działamy w dwie ekipy jednocześnie. Oceniam, że dzięki temu mówi się o nas przy kolacji w sześćdziesięciu procentach domów. To skala oddziaływania nie do pomyślenia na przykład w Łodzi. Jeśli na nasze działanie jednego dnia dociera do setki dzieci, to wieczorem wie o nim już czterysta osób, czyli dwanaście procent mieszkańców! Pierwszą rezydencję zakończyliśmy dwoma happeningowymi dniami na ryku szczekocińskim, gdzie zaprosiliśmy do współpracy także właścicieli i najemców sklepów i lokali w pierzei rynku.

W 2020 r. działalność społeczno-kulturalna w Szczekocinach jest dość mocno rozkręcona. Nie chcę mówić, że to nasza zasługa, ale przyczyniliśmy się do tego. Działają prężne stowarzyszenia miłośnicze, organizowane są na przykład demokratyczne debaty na temat przyszłości miasteczka, w których na równych prawach uczestniczą burmistrz i uczniowie. My także gościmy na tych debatach jako mówcy. Jeździmy do Szczekocin rok w rok od dziesięciu lat, tak samo przyjmujemy kolejne autokary ze Szczekocin w muzeum.

Projekt „Julian Jończyk. Świetlisty” zrealizowany w Szczekocinach w 2019 r.

Czy format tych działań zawsze jest taki sam, czyli warsztaty dla przeszkoli i szkół?

Nie zawsze. To jest zwykle praca ze zorganizowaną publicznością. Zapowiadamy się wcześniej i działamy z publicznością, która nas chce. Ostatnio najczęściej to są dzieciaki z liceum i osoby dorosłe. Forma działań jest dostosowana do tematu, czasem to są olbrzymie projekty partycypacyjne, jak na przykład „Julian Jończyk. Świetlisty”, który był realizowany w poprzednim sezonie. Między innymi pomogliśmy w nim dzieciakom ze Szczekocin pozyskać nieczynny lokal po księgarni i zrobić w nim świetlicę. Działali tam do listopada, robiąc wieczory RPG czy filmowe, a później od marca, bo jest tam problem z ogrzewaniem. Marka muzeum działa trochę jak klucz otwierający różnego rodzaju furtki. Sam lokal należy do byłego burmistrza, który został na tyle przekonany przez nas do wartości wspólnych działań, że zgodził się użyczyć dzieciakom lokal, wiedząc, że z nimi pracujemy. Ważna jest też postać Juliana Jończyka, bo to lokals, a do tego istotny rzeźbiarz drugiej awangardy. W oparciu o jego twórczość instalowaliśmy neony w publicznej przestrzeni Szczekocin, realizowaliśmy wystawę inspirowaną jego techniką w świetlicy. Zeszłoroczny projekt poświęcony był Franciszkowi Starowieyskiemu, który na letniska przyjeżdżał niedaleko Szczekocin. W opuszczonym, niszczejącym pałacu zrobiliśmy ucztę barokową ze scenografią zrobioną przez dzieciaki. W ten sposób upomnieliśmy się o ten zabytek, którego gmina nie jest w stanie sprzedać.

Projekt „Julian Jończyk. Świetlisty” zrealizowany w Szczekocinach w 2019 r.

Czy wyjazdy służą pogłębianiu relacji z tą samą grupą młodzieży, czy każdorazowo to inne osoby?

To są za każdym razem inne grupy, ci, którzy chcą się z nami spotkać. Ale bywa, że niektórzy ochotnicy pracują z nami trzeci, czwarty raz.

A co się dzieje w Łodzi, kiedy grupy ze Szczekocin przyjeżdżają?

Przynajmniej jeden autokar przyjeżdża raz w roku na jeden lub dwa dni, aby szczekocinanie zobaczyli inspirującą nas sztukę w oryginale. My nie jesteśmy w stanie tam wywieźć muzeum. Kiedy był realizowany projekt dotyczący Jończyka, mimo że jego dzieła nie były akurat prezentowane w muzeum na galerii, specjalnie dla szczekocinian wyjęliśmy z magazynu i zainstalowaliśmy jego instalacje i prace na papierze. Muzeum przygotowało się dla nich.

Czy jeszcze z jakąś inna grupą lub miejscem muzeum nawiązało taką stałą relację?

W Łodzi było kilka takich długofalowych współprac. Mieliśmy taką trzy- lub czteroletnią współpracę z Młodzieżowym Ośrodkiem Wychowawczym nr 3 na ul. Drewnowskiej, to jest dom poprawczy dla dziewcząt. Robiliśmy projekty z tak ekstrawaganckimi miejscami z punktu widzenia muzeum jak Ośrodek dla cudzoziemców w Grotnikach. Ten projekt trwał cały sezon, obejmował wizyty Czeczenów u nas w muzeum, oraz nasze wizyty tam, które wiązały się z uzyskaniem przepustek. Projekt podsumowaliśmy realizując u nich w ośrodku całodniowy festyn, we współpracy z lokalną społecznością Grotnik, zainstalowaliśmy jednodniowe muzeum z kopiami i replikami, były projekcje filmów, wspólne tańce i gotowanie. Dopiero co skończyliśmy roczne działanie z Andrychowem, gdzie z fundacją Promyczek pracowaliśmy od listopada 2019 r. z dzieciakami z różnymi niepełnosprawnościami.

Jak dochodzi do tych kontaktów? Czy różne osoby czy grupy zwracają się do muzeum czy to Państwo wyszukują takie miejsca?

To są kontakty inicjowane przez te społeczności, ale zdarza się, że my się wpraszamy. Kilka lat temu robiliśmy taki projekt na ul. Wschodniej w Łodzi przy okazji festiwalu Dialogu Czterech Kultur. Na dziesięć dni wynajęliśmy lokal po sklepie ze zdrową żywnością i pracowaliśmy w nim z dzieciakami z okolicznych bram, wpraszając się na ich terytorium.

Dzień awangardy w Szczekocinach w 2018 r.

Czyli jest to odpowiedź na lokalna potrzebę?

Z reguły tak. W przypadku Szczekocin, Drewnowskiej, Andrychowa początkiem było „zróbcie coś z nami”. My dbamy o to, aby nadać temu jakąś formę i zaplecze finansowe w ramach logiki projektowej.

Czy zdarza się, że takie prośby trzeba odrzucić z uwagi na odległość, koszty czy chociażby to, że nie da się być wszędzie?

Nie, nie przypominam sobie. Tych próśb nie jest znowu aż tak dużo.

9 grudnia 2020

Zdjęcia udostępniło Muzeum Sztuki w Łodzi