Wykonane na prawym brzegu. Rzemieślnicy

MUZEUM WARSZAWSKIEJ PRAGI

Muzeum Warszawskiej Pragi, oddział Muzeum Warszawy poświęcony dzielnicy Praga, wyrosły z lokalnej potrzeby, realizuje projekt dokumentujący ważną część lokalnego dziedzictwa – tradycyjne warsztaty rzemieślnicze. To właściwie dużo więcej niż dokumentacja – to nawiązywanie relacji z rzemieślnikami, poznawanie ich tradycyjnej metody pracy, włączanie ich w program muzeum, oddawanie im głosu. Platformą do współpracy stała się utworzona w muzeum, w ciągu ekspozycji muzealnej, Pracownia Rzemieślnicza, która jest żywym miejscem – wypełniona tradycyjnymi narzędziami (część z nich została przekazana przez rzemieślników) służy realizacji warsztatów z zakresu różnych rzemieślniczych specjalności.

Doświadczenie pracy nad tym projektem znalazło swój wyraz w książce Katarzyny Chudyńskiej-Szuchnik „Zręczni. Historie z warszawskich pracowni i warsztatów” – to wydany w 2019 r. literacki reportaż.

Otwarta Pracownia Kaletnicza. Fot. Liminowicz & Matejko

Z Katarzyną Chudyńską-Szuchnik, koordynatorką projektu, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Jakie były początki spotkań z rzemieślnikami? Czy znałaś wcześniej to środowisko? Czy rzemieślnicy znali Muzeum Warszawskiej Pragi?

Zanim zaczęliśmy realizować projekt i byliśmy na etapie koncepcji, nie miałam rozpoznanego tego środowiska. Pomysł był taki, aby zaprosić publiczność muzeum do pracowni rzemieślników. Wówczas w 2014 r. Muzeum Warszawskiej Pragi jako budynek zostało zrewitalizowane i oddane do użytku, ale jeszcze nie miało wystawy stałej, więc nie mogliśmy naszej publiczności zaprosić do siebie. Ważne, że budynek znajduje się w centrum miasta, był widoczny, samo muzeum też było bardzo długo wyczekiwane, wiec nie chcieliśmy wydłużać tego okresu. Chcieliśmy skonstruować ofertę mimo tego, że nie było wystawy stałej, która została otwarta dopiero po dziewięciu-dziesięciu miesiącach od tego momentu. Idea była taka, żeby już wtedy tworzyć program. Ja akurat miałam realizować pomysł poza muzeum.

Pierwsze spotkanie inauguracyjne odbyło się na początku roku. Przedstawiliśmy pomysł, że będziemy robić wizyty w pracowniach rzemieślników. Wtedy mieliśmy już wstępny plan tych wizyt, więc tak naprawdę miałam dwa-trzy miesiące, aby to środowisko poznać. Musiałam się wiele nauczyć, aby zrozumieć środowisko tych mikro przedsiębiorców pracujących w malutkich warsztatach niedaleko muzeum. Istotna jest tutaj kwestia zbudowania relacji. Oczywiste jest, że nie da się zobowiązania w stylu: „No to co, możemy u pani zrobić spotkanie?”, uzyskać w czasie pierwszej wizyty. Trzeba przyjść, porozmawiać, poznać historię tego miejsca, jego aktualne bolączki, to czym żyje taki rzemieślnik i jego warsztat, i dopiero wtedy zobaczyć, w jakiej formie on może być zaproszony do współpracy.

Partycypacyjność to jest w pewnym sensie zassanie takiej treści z zewnątrz do programu muzeum, więc myślę, że cały cykl „Wykonane na prawym brzegu. Rzemieślnicy”, tak naprawdę na tym polega. Mamy w Muzeum Warszawy wspaniały dział badań nad Warszawą, dział opracowywania zbiorów, koleżanki Agnieszka Dąbrowska i Monika Siwińska zajmują się rzemiosłem właśnie w kontekście tych obiektów, które są w naszych magazynach czy w kontekście historii przedwojennych branż rzemieślniczych. Mówią, że to jest fajne, że pokazuję rzemiosło w żywy sposób. One robią to od strony eksperckiej, opowiadając i pokazując zbiory, a ja bardziej bazuję na tym, co jest na zewnątrz, poza muzeum.

Otwarta Pracownia Kaletnicza. Fot. Liminowicz & Matejko

Na czym Ci zależało podczas realizacji tego projektu?

W pierwszym etapie byłam nastwiona na dość szybki efekt, ponieważ dostałam takie zadanie. Skomponowanie programu, uzyskanie kilku atrakcyjnych miejsc do pokazania i rzemieślników, którzy będą chcieli zaprosić do siebie gości muzeum, zorganizować u siebie wizytę i wystąpić w roli prelegenta w swoim własnym warsztacie,  to był cel. Szybko okazało się, że jest jeszcze dużo innych celów, które są równie ważne i do których warto dążyć. Przede wszystkim to było poznanie miejsca, dokumentacja poprzez pogłębiony wywiad etnograficzny, czyli ankietę oraz dokumentacja fotograficzna. W kolejnych latach weszły relacje wideo robione już w mniej spontaniczny sposób, bardziej reżyserowane. Specjalnie wygospodarowywaliśmy czas na taką relację wideo, to nie była tylko dokumentacja pierwszej wizyty, aczkolwiek takie nagranie z pierwszych wizyt z 2015 r. też mam. Pokazują moment, w którym rzemieślnik wstaje z miejsca, a w którym praktycznie zawsze siedzi sam, i opowiada, zaczynają mu błyszczeć oczy, przychodzi publiczność, która jest szalenie ciekawa tego, co robi. To jest wspaniała interakcja. Narzędzia i wytwory rzemieślnika są też świetnym pretekstem, aby porozmawiać o tym, jak nasz świat się zmienił, wymienić nasze własne doświadczenia i poczuć się bardziej zakorzenionym w mieście. Bezcenna jest cała sytuacja, która się wokół tego wytwarza.

Pierwsze wizyty w pracowniach cieszyły się dobrym odbiorem, chociaż była bardzo ograniczona liczba miejsc. Mniej więcej między kilka a kilkanaście osób mogło wziąć udział w takiej wizycie, była lista na zapisy i lista rezerwowa. Pierwszym celem były wizyty i skonstruowanie ciekawego programu muzeum, dziejącego się w terenie, drugi cel to była  dokumentacja, poznanie rzemieślnika i nawiązanie relacji, to było coś, o co ja szalenie dbam. Zawsze staram się być responsywna. Jeśli rzemieślnik dzwoni nigdy go nie zbywam, czy nie zostawiam w zawieszeniu, bo to jest odpowiedzialność, którą się buduje przez lata i ona bardzo procentuje. Jak się wytworzy takie zaufanie, to po pięciu latach można albo współpracować z tym rzemieślnikiem na szerszych polach, osiągać inne cele, albo właśnie liczyć na to, że on zadzwoni i opowie o czymś ciekawym czy się czymś podzieli. Ta relacyjność nie była dla mnie tak oczywista, ale z czasem zrozumiałam, że jest bardzo ważna.

Projektowanie z rzemiosłem: wizyta studyjna w zakładzie drykierskim

Wykonaliśmy wcześniej pracę promocyjną, zebrany materiał został ułożony w opisy, które w pewnym sensie reklamowały tego rzemieślnika. Teksty opowiadające o konkretnych spotkaniach  przez wiele lat funkcjonowały w sieci, zdarzały się sytuacje, że ludzie dzwonili do muzeum i chcieli zamówić abażur. Później zostawał po danym rzemieślniku ślad w sieci, przez co różne osoby dowiadywały się, że taki rzemieślnik istnieje. Kontynuatorzy danego rzemiosła, osoby chętne do współpracy czy media zapraszały rzemieślników na wywiady. To był taki kamień, który się wrzucało do wody i te kręgi się rozchodziły i procentowały.

Mam bardzo dużo przykładów sytuacji, w których taka wizyta była dopiero początkiem. Jeśli wiedzieliśmy, że dany rzemieślnik jest chętny czy ma taką przestrzeń zawodową do współpracy, to zapraszaliśmy go do kolejnych odsłon projektu. Pierwszą było opowiedzenie o swoim zawodzie i warsztacie, drugą było przyjście do muzeum i skonfrontowanie się z większą publicznością. Mieliśmy międzypokoleniowe spotkania rzemieślników. Dalej zapraszaliśmy ich do programu „Projektowanie z rzemiosłem”, który jest mocno angażujący bo tutaj trzeba wejść we współpracę ze studentem Akademii Sztuk Pięknych i wykonać jakiś projekt. Kolejnym krokiem był „Festiwal rzemieślników”, czyli prowadzenie warsztatów w muzeum. Rzemieślnik musi wyjść ze swojej pracowni, przychodzi do muzeum, gdzie w dość surowych warunkach, odległych od warunków pracowni, przeprowadzić warsztat. Tak było w przypadku w 2016 i 2017 r., kiedy tych warsztatów było sporo.

Festiwal Rzemieślników 2016 warsztat modniarski. Fot. G. Kułakowska

Później zobaczyliśmy też, że ludzie są chętni, aby w ten sposób poznawać  konkretnych twórców, bo często łatwiej jest osobom zainteresowanym rzemiosłem korzystać z funkcji takiego pośrednika, jakim jest muzeum, żeby dotrzeć do rzemieślnika. Niektórzy ludzie nie mają czasu, śmiałości albo pomysłu na to, jak kogoś poznać, a chcieliby spróbować popracować tak jak on, czy jakiś warsztat. Muzeum daje w bezpieczny i oswojony sposób ten kontakt. Prowadzenie warsztatu w muzeum jest już bardzo angażujące, niektórzy z rzemieślników, których poznaliśmy, na początku zdecydowali się wziąć udział w programie „Szkoleń warsztatowych” w ramach Modelowej Rewitalizacji Miast. Przeprowadzili sześćdziesięciogodzinne szkolenie zawodowe w swoich pracowniach. Można powiedzieć, że wkroczyliśmy z butami w ich miejsce pracy bo oni musieli do nas dopasować całą organizację warsztatu. Jeśli przez miesiąc czy dwa szkolą się dwie osoby po sześćdziesiąt godzin i mamy też koordynatora, który przychodzi i sprawdza listę obecności, to mocno ingerujemy w funkcjonowanie tej pracowni.

Myślę, że największym przejawem zainteresowania jest przekazanie wyposażenia swojej pracowni do muzeum. To już jest przekazanie części siebie i swojego życia. W  tej chwili pracownie rzemieślnicze, które się likwiduje, są bardzo atrakcyjnym miejscem do przejęcia dla kontynuatorów, bo można taki stary warsztat odkupić. On przeważnie jest dobrym punktem startu. Tych warsztatów jest co raz mniej, a liczba kontynuatorów rośnie. Rzemieślnik może sprzedać swoje rzeczy lub zabrać do domu, ale może też je oddać do muzeum. To z jednej strony wydaje naturalne, ale z drugiej strony chcę podkreślić, że to są narzędzia, które mają wartość rynkową i oddawanie ich do muzeum wcale nie jest tak oczywiste. Wydaje mi się to największą formą zaangażowania.

Czy napisanie książki i przygotowanie wystawy to były cele, jakie postawiłaś sobie na początku?

Nie, zupełnie o tym nie myślałam. Książka „Zręczni” była dla mnie podsumowaniem pewnego etapu pracy w terenie i tych kilkudziesięciu przeprowadzonych wywiadów. Jej pomysł przyszedł po dwóch, trzech latach i kolejne dwa lata trwała praca nad nią.

Wyszłam w teren, poznałam te miejsca, zbudowałam relacje, wplotłam je w program muzeum, a potem oni przyszli do nas i w pewnym sensie stali się tym muzeum, dlatego że mamy teraz Pracownię Rzemieślniczą. Na pewno to było zupełnie niezamierzone działanie, raczej zdanie się na intuicję i dostrzeżenie po kolei tych celów, które się przede mną pojawiały. To jest niesamowita satysfakcja, że po tych wszystkich latach ludzie  zainteresowani rzemiosłem do niego wracają i dzwonią do mnie, bo chcą mieć z nimi kontakt. To właśnie pokazuje słuszność tej drogi, którą przeszliśmy.

Czy jest coś, co się nie udało?

Wydaje mi się, że muzea w tej chwili mają problem z obiektami, bo trzeba je konserwować, odpowiednio przechowywać, opisywać digitalizować, co jest pracochłonne i kosztowne. Ciekawych rzeczy, które trzeba chronić, jest co raz więcej. Wybraliśmy bardzo świadomie zupełnie inną drogę, czyli kolekcję edukacyjną. Wiedzieliśmy, że takie drogi już są przez świat muzealny przetarte. Mam tutaj na myśli tworzenie kolekcji edukacyjnych w Muzeum Krakowa w Kamienicy Hipolitów i Muzeum Podgórza. Kolekcja edukacyjna, czyli obiekty  które można pokazać, dać uczestnikom lekcji muzealnych do ręki i  w ten sposób pracować na nich. Pamiętam, że z moją kierowniczką Katarzyną Kuzko zachwycałyśmy się systemem z jakiegoś holenderskiego muzeum, w którym wypożyczano obiekty muzealne. Myślę, że to teraz w pandemii mogłoby świetnie funkcjonować, aby na przykład wypożyczyć je do szkoły, gdzie można by podejść do obiektu na swój sposób, nie narzucony przez muzeum, przez to artefakt stałby się im bliższy, niż w sposób, kiedy eksponuje go muzeum. Te dwie drogi nam przyświecały, dostałam zielone światło na tworzenie kolekcji edukacyjnej, która ostatecznie znalazła swoje miejsce w Pracowni Rzemieślniczej. Kiedy rzemieślnicy przekazują nam protokołem darowiznę, mówimy im o tym i pytamy, czy wyrażają zgodę na to, że one będą wykorzystywane na warsztatach. Jest grupa obiektów jak legitymacje czeladnicze, medale czy dyplomy mistrzowskie, które nie są muzeum przekazywane z tego powodu, że powinny znaleźć się w gablocie. Myślę, że to są dużo trudniejsze przedmioty i czasami sama nie wiem, co z nimi zrobić. Mamy na przykład kolekcję około trzydziestu dyplomów po panu rękawiczniku i jego ojcu, który z nami współpracował trzy lata i zmarł. Jego siostra przekazała nam dużo przedmiotów wraz z całą kolekcją dyplomów mistrzowskich po tym panu. Myślę, że ostatecznie przekażę je do jakiegoś cechu rzemieślniczego, bo nam chodzi o to, aby na tych rzeczach pracować. Jak do naszej Pracowni Rzemieślniczej, w której mamy otwartą pracownię kaletniczą, przychodzą uczestnicy, to z dumą mówię, że nie pracujemy na prestiżowych narzędziach marki np. Best Tools, tylko na tradycyjnych narzędziach praskich rzemieślników. Oczywiście zdarza się, że kupuję do pracowni nowe narzędzia z Japonii, Chin czy Francji, których używają rzemieślnicy nowej fali rzemiosła dla porównania, ale sednem tej pracowni jest to, że pracujemy na narzędziach pana Ryszarda, pana Stanisława i pani Zofii itd. Dzięki temu tworzy się więź. Rzeczy w gablocie są ważne, ale zupełnie inaczej odczuwamy wszystko, kiedy weźmiemy do ręki przedmiot używany przez pięćdziesiąt lat.

Jakie wyzwania łączą się z tym projektem?

W przypadku Pracowni Rzemieślniczej w muzeum istotna jest kwestia organizacji. Staram się wyposażyć pracownię najlepiej jak mogę i myślę, że tam jest bardzo duży potencjał do wykorzystania. Teraz może być eksploatowana w większym stopniu niż jak to miało miejsce od momentu otwarcia, czyli od czerwca 2019 r, bo do tej pory funkcjonowała wyłącznie jako przestrzeń warsztatowa i była udostępniana tylko na czas zorganizowanych przez nas warsztatów. Docelowo może to być przestrzeń ekspozycyjna. Póki co testujemy taki model, że w trakcie warsztatów zawsze jest obecny albo projektant, albo rzemieślnik, albo ja jako koordynator pracowni. W przyszłości to może być rozszerzone, myślałam o grupie wolontariuszy. Na początku, jak otworzyliśmy pracownię, mieliśmy duży odzew, pojawiały się osoby przychodzące cyklicznie na tematyczne warsztaty i widziałam wśród nich osoby, które mogłyby być opiekunami poszczególnych stref w pracowni. Mamy tam strefę krawiecką, kaletniczą, szewską, modniarską, więc miałam pomysł, żeby ci wolontariusze przychodzili i tam pracowali, a przez to znaliby te miejsce i narzędzia, i mogli jednocześnie być gospodarzami tych pracowni w momentach, kiedy nie byłoby tam rzemieślnika czy mnie. Ten pomysł jest na razie czysto teoretycznym rozważaniem, organizacja pracy w warsztacie jest jeszcze przed nami.

Szkoła Fachów. Fot. Kamila Szuba

Muszę powiedzieć, że przez pewien czas towarzyszył mi niepokój związany z tym, jak taka przestrzeń ma być udostępniana, bo jednak należy się w niej zachowywać ostrożnie. Zastanawiam się jak takie miejsce może funkcjonować w muzeum, aby za szybko nie zostało wyeksploatowane, a ciągle było atrakcyjne. Chodzi o to, aby zachować równowagę pomiędzy udostępnieniem czegoś, co jest też miejscem pracy. Celem warsztatów był transfer rzemiosła, czyli  poznawanie specjalistycznych technik rzemieślniczych, które dzisiaj wracają do łask, ale zaczęły się w tych warsztatach pojawiać rodziny, mamy z dziećmi. Było widoczne  oczekiwanie, że tam będą organizowane zajęcia dla dzieci, być może sami to rozbudziliśmy, ponieważ na „Festiwalu Rzemieślników” zawsze był blok zajęć dla dzieci. Mam nadzieję, że niedługo powstanie „Mała Prarzemka”, czyli pracownia rzemieślnicza dedykowana dzieciom w wieku szkolnym, która będzie od początku do końca zaprojektowana w sposób bezpieczny dla nich. Chodzi o to, aby poznali proste techniki rzemieślnicze i aby sami mogli coś wytworzyć. To już jest kolejny krok, prawdopodobnie te zajęcia będą prowadzić nie rzemieślnicy, a edukatorzy, ale myślę, że znajdzie się tam część rzeczy z pracowni rzemieślniczych i oryginalnych narzędzi. Mam nadzieję, że ten walor będzie utrzymany i że w przeciągu dwóch lat taką salę zorganizujemy.

Szkoła Fachów. Fot. Liminowicz & Matejko

Wspomniałaś wcześniej o współpracy z ASP. To ważny projekt będący częścią projektu dotyczącego rzemieślników. Jak doszło do tej współpracy i na czym ona polega?

„Projektowanie z rzemiosłem” to pomysł Pawła Jasiewicza, doktora z Wydziału Wzornictwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Wplótł ten pomysł w program dydaktyczny. Paweł prowadzi na Akademii pracownię stolarską i w każdym semestrze daje studentom dwa zadania, jedno z nich od pięciu lat realizujemy wspólnie z rzemieślnikami praskimi. Chodzi o to, że student ma możliwość nauczenia się projektowania w oparciu o materię i konkretny warsztat i jego techniki. Dzięki temu uczy się przekazywać realizatorowi swój pomysł, chociaż często te granice są przekraczane bo na przykład student poznając te techniki, sam wykonuje prototyp, czy rzemieślnik zaprasza go do warsztatu i razem nad nim pracują. Chcieliśmy, aby dla rzemieślnika to miało walor rewitalizacyjny, aby student zaprojektował coś, co pomoże mu  przyciągnąć nowych klientów, na przykład jakiś nowy wzór, czy w spółdzielni szewskiej nowy model butów, czy nowoczesny wzór abażura. Fascynujące jest to, co się dzieje na pograniczu tych dwóch światów, młodych projektantów i rzemieślników, którzy są od nich czasami dwa pokolenia starsi.

Osiągnęliśmy większe i mniejsze sukcesy w tym projekcie. Bardzo podoba mi się to, że wielu studentów nie traktuje tego tylko jako zadania do zdobycia zaliczenia, nie poprzestają na zdobyciu oceny, tylko dla wielu z nich jest to ustawienie drogi w projektowaniu. Mamy kilka osób, które dalej kontynuowały tematy rozpoczęte z rzemieślnikami, czy tworzyły dalsze projekty wokół tej współpracy, na przykład Ewelina Czaplicka-Ruducha, z którą od sześciu lat współpracujemy. Ona jako pierwsza zaprojektowała buty dla Spółdzielni Stopa, a ostatnim naszym wspólnym działaniem był jej projekt wystroju Pracowni Rzemieślniczej. Ewelina dobrze znała te miejsca i prowadziła warsztaty, więc wiedziała, co jest ważne. Można powiedzieć, że przez te wszystkie lata ukształtowała się, mogła razem z nami się rozwijać, a my razem z nią. Mamy kilku studentów projektowania  jak Julia Kutra, Jan Pfeifer, Marek Głogowski, Kacper Kunicki i Szymon Węglowski, współpracą z którymi możemy się szczycić. Ich projekty czasami zdobywają nagrody w konkursach designu czy ekodesignu. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że łączenie projektantów z rzemieślnikami to nie jest najbardziej oryginalny pomysł, że taka współpraca jest nawiązywana także w innych miastach. W Wiedniu i innych miejscach na świecie projektanci bardzo chętnie współpracują z rzemieślnikami. U nas to jest usystematyzowane, wpisane w program Akademii i studenci chętnie z tego korzystają, Akademia ma atrakcyjny program nauczania, a muzeum ma ciekawe obiekty do pokazania. Te prototypy eksponowaliśmy na wystawie „Praga na wzór. Projektowanie z rzemiosłem”, a rzemieślnicy zyskują w tym przypadku zainteresowanie młodego pokolenia. Samo to, że projektant, któremu się poświęca dzisiaj bardzo dużo uwagi, jest osobą, o której chętnie się czyta, którą się chętnie słucha i ogląda, mówi, że widzi wartość w rzemieślniku, działa pozytywnie. Myślę, że udało się dzięki temu zainteresować ludzi nie tylko rzemiosłem w kontekście DIY, nie tylko takim, które jest dziś modne, w formie marek rzemieślniczych, tylko takim w kontekście dziedzictwa, pewnych technik, które odchodzą. Udało się zainteresować nim szersze grono i odnaleźć dla tego rzemiosła zastosowania. Ludzie często operują argumentami, że pewne zawody już odeszły, naturalnie, cywilizacyjnie się skończyły i nie ma sensu ich na siłę reanimować. Myślę, że w wielu przypadkach tak jest, ale o tych, którymi my się zajmujemy, mam nadzieję, że nikt tak nie powie. Po prostu są to rzemiosła praktykowane, ktoś je uprawia, bo ma klientów, a nie robi tego przecież hobbistycznie.

Zielone rzemiosło. Fot. Katarzyna Chudyńska Szuchnik
Wizyta w pracowni krawieckiej Walentego Piecyka

Powiedz, jak zmienia się krajobraz rzemieślników na Pradze? Zwłaszcza w ostatnich latach, kiedy śledzisz go na bieżąco.

Bardzo wielu miejsc nie zdążyłam zobaczyć i poznać. W ciągu tych kilku lat wiele branż się zamknęło, mam przez to poczucie straty. Już około dziesięć miejsc, z którymi współpracowaliśmy, przestało istnieć i to też jest dla nas ogromny szok. Robiliśmy spotkania, ktoś nas szkolił, oddał nam wyposażenie i nagle po dwóch-trzech latach albo umarł, albo zlikwidował swoją pracownię, a my mamy jego narzędzia i rzeczy. Na przykład pan Krzysztof Sierski, cukiernik, u którego składaliśmy zamówienia zanim otworzyliśmy kawiarnię w muzeum. Organizowaliśmy akcję „Najlepsze pączki są w Muzeum Warszawskiej Pragi”, pan Sierski w tłusty czwartek zawsze przywoził do nas swoje pączki. Bardzo często jak miał problemy lokalowe, pisaliśmy rekomendacje, chodziliśmy do urzędu, po za tym wykonywał dla nas torty na różne jubileusze, zgodził się przeprowadzić szkolenie w swojej pracowni, po czym ją zawiesił. Uczestnik tego szkolenia utworzył Praską Manufakturę Cukierniczą i przez kilka miesięcy z nami współpracował, ale musiał tą działalność zawiesić z powodu braku odpowiedniego lokalu, więc takiej osoby do współpracy już nie mamy. Zostają nam zdjęcia i filmy, wrzucamy je teraz w czasie pandemii co jakiś czas na Facebooka i jest zawsze bardzo żywa reakcja, ludzie pamiętają tego rzemieślnika. Takich osób jest jeszcze kilka, jest pan rękawicznik, który pokazywał się w muzeum, zaprosiliśmy go na targi modowe, niestety również zmarł. Pan krawiec, szewc, duża część osób odchodzi i to, że mamy dokumentację wizualną, to jest jedno, ale dwa, mamy know-how tych osób, to jest dla mnie bardzo ważne. Mamy zdjęcia i filmy, które nadają sentymentalnego waloru, mogą być też podpowiedzią, jak ten ktoś miał zorganizowane miejsce pracy. Natomiast to, że mamy narzędzia i wykroje tego pana, jego wyroby, które pozwalają nam zobaczyć, jak on to robił, to wydaje mi się o wiele ważniejsze.

Szkolenie warsztatowe z rzemieślnikami cukierni. Fot. Ewa Behrens

9 grudnia 2020