Sopocianie

MUZEUM SOPOTU

„Sopocianie” to projekt z zakresu historii mówionej, dzięki któremu Muzeum Sopotu pozyskuje materiały dotyczące mieszkańców miasta, w szczególności uzupełnia wiedzę dotyczącą lat powojennych. Zbieranie i archiwizowanie opowieści pociąga za sobą również pozyskiwanie obiektów, w szczególności fotografii i dokumentów do muzealnej kolekcji. Materiały udostępniane są poprzez stronę internetową sopocianie.muzeumsopotu.pl, na wystawach, w publikacjach oraz filmach dokumentalnych. Projekt rozpoczął się w 2010 r. i jest kontynuowany do dzisiaj.

Z Karoliną Babicz-Kaczmarek, dyrektorką muzeum, rozmawia Katarzyna Jagodzińska

Dzisiaj takich projektów dokumentujących losy mieszkańców jest sporo, jak to wyglądało w 2010 r., kiedy projekt startował?

Tak naprawdę pierwszym projektem opartym o historię mówioną i angażującym mieszkańców był projekt z 2009 r. dotyczący Polonii Sopockiej, czyli przedwojennej mniejszości polskiej zamieszkującej kurort. Wtedy skupialiśmy się tylko na tej wąskiej grupie, w większości starszych mieszkańców. Wiele z tych osób już nie żyje i to był w zasadzie ostatni moment, aby zebrać ich wspomnienia, świadectwa i materiały, które mieli w swoich domach. W ramach projektu nie tylko zgromadziliśmy relacje, nagraliśmy je, opracowaliśmy i udostępniliśmy, ale też przygotowaliśmy wystawę. Powstał również film, dokument fabularyzowany w reżyserii Joanny Cichockiej-Guli, który opowiadał w sposób przekrojowy o losach tej społeczności. Cały projekt „Polonia sopocka” spotkał się z dużym zaangażowaniem ze strony sopocian. My, tak jak chyba wszystkie ziemie odzyskane, mamy problem z wytłumaczeniem osobom z centralnej Polski, jak przed wojną funkcjonowały nasze miejscowości. Bardzo często spotykamy się z opinią że to były tereny stricte niemieckie i żadnych Polaków tutaj nie było, co nie jest prawdą i przypominanie takich kart historii zawsze budzi zainteresowanie i wiele pytań. Obok tych działań projekt zakładał również konserwację zabytkowych sztandarów należących do organizacji polonijnych, które się zachowały i to też udało nam się wykonać.

Wtedy narodził się pomysł na projekt „Sopocianie”?

Zastanawialiśmy się, jak dalej wykorzystać wiedzę i potencjał, który się wtedy zaczął rysować na zasadzie interakcji z mieszkańcami. W tym czasie miała miejsce polska Prezydencja w Radzie Unii Europejskiej i szukaliśmy projektu, który w ciekawy sposób opowiedziałby o historii naszego miasta. Postanowiliśmy zrobić to przez pryzmat losów naszych mieszkańców i sięgnęliśmy po znane nam z projektu „Polonia sopocka” narzędzia. Zrobiliśmy to szerzej, nie mieliśmy już tak wąskiej grupy, do której projekt był adresowany. Chodziło nam o włączenie całej społeczności Sopotu. Z jednej strony biogramy ciekawych naszym zdaniem osób z przeszłości, które nie mogły w żaden sposób opowiedzieć o swoich losach, a z drugiej strony poprosiliśmy naszych żyjących mieszkańców, aby porozmawiali z nami na temat swojej przeszłości. Znów odnieśliśmy się do historii miasta czyli chociażby do tego, że po drugiej wojnie światowej cała społeczność uległa wymianie. Nasi mieszkańcy w przeważającej większości przyjechali tu w 1945 i 1946 r. i tylko nieliczne rodziny polonijne mogą mówić o wcześniejszym powiązaniu z Sopotem. Wszyscy inni są przyjezdnymi. Zatem mówimy o tym, jak zaczyna się od nowa w obcym miejscu, o tym jak sobie radzić z traumą wojenną, jak odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości politycznej. O tym wszystkim rozmawialiśmy z naszymi mieszkańcami i były to bardzo przejmujące opowieści. To, co nas bardzo wzruszyło, to fakt, że nasi mieszkańcy chcieli rozmawiać. Nie wszyscy oczywiście, bo dla niektórych trauma wojenna była zbyt duża, ale myślę, że to było coś, na co wielu czekało.

Jakie były etapy tego projektu i w jakim punkcie jest teraz?

Pierwsza edycja projektu była poświęcona okresowi powojennemu, latom 1945-1948, często jednak uczestnicy w swoich wspomnieniach wykraczali poza 1948 r. Jeżeli zaś chodzi o prowadzenie projektu, to początkowo zajmowałam się nim ja jako historyk. Obecnie jest on prowadzony przez inną osobę z zespołu. Dodatkowo wspiera ją dokumentalista z zewnątrz. Starając się dotrzeć do jak największej liczby mieszkańców, umieszczamy apele z prośbą o udział w projekcie, na przykład w lokalnej gazecie „Przepis na Sopot”, która jest wydawana przez Gminę Miasta Sopotu i dystrybuowana między innymi przy udziale spółdzielni mieszkaniowych. W ten sposób bardzo dużo chętnych zgłosiło się do projektu. Dzisiaj mamy osobę z zewnątrz, która regularnie współpracuje z mieszkańcami i zbiera ich opowieści. Współpraca w większości przypadków z osobami starszymi, wpływa na formę relacji. Część osób nie lubi swojego głosu na stare lata, więc proszą, aby została wykonana wyłącznie transkrypcja z tego, co powiedzą. Nasza strona jest tak stworzona, że przy profilu danej osoby można zarówno umieścić relację audio, jak i wideo, albo wyłącznie tekst. Uważam, że w sytuacji, w której prosimy mieszkańców o to, aby się podzielili z nami swoimi wspomnieniami i historią wcześniej zarezerwowaną dla rodziny, takie działanie, aby dostosować się do formuły, która dla nich jest atrakcyjna i komfortowa, to ukłon z naszej strony i podziękowanie. Bardzo dużo osób krępuje się występów przed kamerą lub nagrywania dyktafonem. Mówią, że ich życie było nudne albo że nic takiego nie przeżyli, a okazuje się, że ich wspomnienia są naprawdę bardzo ciekawe.

Czy nie szuka Pani wsparcia ze strony uczelni?

Od kilku lat Muzeum Sopotu współpracuje z Uniwersytetem Gdańskim. Zawarta umowa obejmuje między innymi praktyki studenckie, działania wydawnicze czy współpracę naukową, jednak w zakresie projektu „Sopocianie” ta współpraca nie przyniosła zadowalających efektów. Po części pewnie z uwagi na fakt, że studenci nie są do końca zainteresowani zbieraniem takich relacji. Jestem z wykształcenia historykiem i widzę, choćby po osobach odbywających u nas praktyki, jak zmienia się profil studenta historii. Z drugiej strony wiem, że studenci często łączą naukę z pracą i trudno im wygospodarować czas na rozwijanie pasji badawczych. Podejmujemy natomiast współpracę z lokalnymi szkołami – w 2009 i później 2020 r. zaprosiliśmy do pomocy uczniów sopockich liceów. Zebrali oni sporo relacji, często członków swoich rodzin lub sąsiadów, jednak materiał był niepełny i często zdarzało się, że kilka osób rozmawiało z tą samą osobą. Ważnym partnerem dla nas jest Sopocki Dom Seniora – często dostajemy sygnał od pracowników, że jest osoba, która chce wziąć udział w projekcie i podzielić się z nami swoimi cennymi wspomnieniami.

Jak do projektu podchodzą mieszkańcy? Czy trudno jest pozyskać chętnych, którzy by o sobie opowiedzieli?

Zgłasza się do nas dużo osób. Często dziękując im za udział w projekcie, pytałam o ich motywacje. Zazwyczaj odpowiadali, że wzięli w nim udział dlatego, że mają poczucie, że jak umrą rodzina nie zapamięta ich historii. Bardzo często pokłosiem takich spotkań jest przekazanie nam archiwów rodzinnych. Osoby te boją się, że bliscy wyrzucą albumy albo wszystkie dokumenty, które zbierali przez całe życie. Zdarza się, że otrzymujemy komplet dokumentów od momentu przekazania mieszkania w użytkowanie. Są tam między innymi protokoły przekazania mienia z dokładnymi stanami: dwa tapczany, cztery kubki, trzy łyżki i tak dalej. Ponadto trafiają się dokumenty dotyczące późnego wykupu, kwity na przejazd na przykład z Leśna do Sopotu w 1945 r. Dla wielu osób spotkanie z nami jest okazją do przekazania takich materiałów, ale także do zachowania opowieści o ich historii.

Materiały przekazane przez uczestników projektu przyjmujemy do zbiorów na mocy umowy darowizny. Czasem zdarza się tak, że mieszkańcy użyczają nam dokumenty jedynie do zeskanowania.

Co z tego projektu wynikło dla muzeum?

Dużym plusem projektu „Sopocianie” jest ilość materiału archiwalnego, jaki zgromadziliśmy o naszym mieście i o jego mieszkańcach. Co ważne, bardzo często na prywatnych zdjęciach w tle widzimy architekturę, i to nie okolice centrum, tylko boczne uliczki. To niezwykłe, ponieważ takiej dokumentacji jest mało. Dodatkowym plusem jest fakt, że zebraliśmy materiał, który pokazuje, jak funkcjonował Sopot. Zdjęcia ukazują życie codzienne, dokumentują zmiany obyczajowe i zwyczaje mieszkańców. Mieszkańcy opowiadają o świecie, który dzisiaj nie istnieje. Na przykład cała ulica Monte Casino to obecnie lokale usługowe, restauracje i kilka banków, a uczestnicy projektu opowiadają nam o mieszczącym się na Monciaku papierniczym, sklepie Sopotplastu i sklepie ze słodyczami. Kiedyś była to przestrzeń dla mieszkańców, dzisiaj to ulica przede wszystkim turystyczna.

Obiekty zebrane w ramach projektu Sopocianie również wzbogaciły nasze zbiory. Muzeum Sopotu powstało w 2001 r. Od tego momentu gromadzimy przedmioty związane z historią miasta. Dzięki projektowi udało się zebrać dużo materiału dokumentującego codzienność mieszkańców uzdrowiska. W bibliotekach, w innych instytucjach czy na portalach aukcyjnych w większości znajdują się lub są oferowane do sprzedaży obiekty związane z kurortową historią Sopotu. Tym bardziej cenne są rzeczy przekazywane przez uczestników projektu. Za ich zgodą archiwalia wykorzystywane są do promowania projektu. Na ich podstawie powstają zakładki, plakaty i inne przedmioty tego typu. Cieszą się dużym zainteresowaniem i pokazują, że sopocianie czują się związani z projektem, z miastem i chcą być częścią historii Sopotu.

Czy projekt jest widoczny tylko poprzez stronę internetową czy ma też fizyczny efekt, w postaci wystawy czy książki?

Materiały zebrane w ramach projektu zostały wykorzystane na wystawach organizowanych przez nas i w produkcjach filmowych. Jeden film poświęcony był losom mniejszości polskiej, inny zaś dotyczył okresu 1945-1948 i nosił tytuł „Sopocianie. Czas nadziei”. Powstał w koprodukcji z Telewizją Gdańsk w 2013 r., jego reżyserką była Justyna Mazur-Dziadkiewicz. Oba filmy powstały przy udziale mieszkańców. Wydaliśmy też publikację razem z Oficyną Wydawniczą Oryginały pod tytułem „Mewa na patyku”. W książce prezentowane są wybrane fragmenty relacji mieszkańców pochodzące z projektu „Sopocianie”. Zostały one ułożone chronologicznie od przyjazdu po wojnie do Sopotu po lata 50. XX w. Publikacja spotkała się z dużym zainteresowaniem, wiele osób oswoiło się z opowiadaniem o tych trudnych początkach.

Projekt wpłynął również na sposób tworzonych przez nas wystaw. Staramy się, aby temat prezentowany na ekspozycji był rozbudowany, jeśli się da, o głos mieszkańców. Tak zrobiliśmy przy wystawie dotyczącej wspólnoty żydowskiej czy ewangelickiej, teraz będziemy wykorzystywać wspomnienia dawnych pracowników przy wystawie dotyczącej Sopotplastu, czyli największego w latach 70. i 80. XX w. zakładu produkcyjnego działającego w Sopocie

Włączenie do wystaw indywidualnych losów mieszkańców świetnie się sprawdza. Dzięki temu nasi goście inaczej odbierają ekspozycję i utożsamiają się z prezentowanymi na niej treściami. Dzięki zestawieniu tekstów stricte historycznych z losami konkretnej osoby temat zupełnie inaczej wybrzmiewa. Pozwala nam to na lepsze poznanie historii miasta, zwiększenie atrakcyjności wystawy oraz zainteresowania historią lokalną.

Świetnym przykładem jest tutaj praca przy wystawie poświęconej sopockim Żydom. Nasza społeczność żydowska, bardzo liczna przed wojną, nie odnowiła się po przyłączeniu tych terenów do Polski. Pozostał cmentarz z jedną z najlepiej zachowanych bram na Pomorzu, wiemy gdzie była synagoga i kto gdzie mniej więcej mieszkał, ale ciągle brakowało nam osobistej relacji. W lokalnej prasie pojawiła się informacja o przygotowywaniu wystawy dotyczącej losów społeczności żydowskiej. Artykuł przeczytał jeden z mieszkańców Sopotu, który zadzwonił do muzeum i powiedział, że ma zbiór rzeczy po swojej sąsiadce, która była przedwojenną mieszkanką Sopotu i przekaże je do muzeum. Margarete Krzykalo była ewangeliczką i wyszła za mąż za warszawskiego Żyda, który zginął w czasie drugiej wojny światowej. Ich syn w lipcu 1939 r. wyjechał do Izraela ostatnim możliwym transportem. Margarete przeżyła wojnę tutaj, przez pewien czas ukrywała się w Świeciu, ale potem po wojnie wróciła. Wśród dokumentów były nie tylko jej przedwojenne dyplomy, zawiadomienie o urodzeniu syna, zdjęcia, ale też dokumenty dotyczące jej życia po wojnie w Sopocie, gdzie spolszczono jej imię i nazwisko. Po wojnie spotkało ją wiele przykrości. Musiała również zmierzyć się z licznymi trudnościami urzędowymi, w tym związanymi z walką o odzyskanie mieszkania. Ta historia pokazuje, że gdyby nie nasze nieustanne mówienie o tym, jak ważne są losy mieszkańców, jak ważne jest postrzeganie wielkiej historii przez pryzmat losów jednostki, nie moglibyśmy obudować historii dotyczącej sopockiej wspólnoty żydowskiej właśnie tym osobistym spojrzeniem na Margarete. To, co zadziało się w jej życiu, skupia trochę jak w soczewce to, jak trudne są takie losy. Najpierw była szykanowana za to, że jako ewangeliczka wyszła za polskiego Żyda, a po wojnie za to, że jest Niemką w polskim mieście. To zupełnie inaczej pokazuje historię Sopotu i pomaga ją zrozumieć. Tak jak wspominałam, od samego początku nasze miasto ma bardzo skomplikowaną historię. Niuanse związane z życiem mieszkańców będą dla nich czytelniejsze i łatwiejsze do zrozumienia.

Ponadto staramy się, aby wszystkie materiały trafiały na stronę internetową, aczkolwiek bardzo często nie mamy czasu, aby je należycie opracować. Sporo historii jeszcze czeka na opublikowanie. Chciałabym, aby więcej instytucji zajmowało się historią mówioną. To świetny sposób na zrozumienie wydarzeń z przeszłości, zachowanie wiedzy i doświadczeń ludzi. Dziś mamy doskonałe narzędzia, wiele archiwów jest digitalizowanych, często można korzystać z ogólnoświatowych baz online. Pamiętam, że podczas moich studiów miałam zajęcia z jednym z doktorów, który jako jedyny powiedział nam prawdę o zawodzie historyka. Większość osób myśli, że jak ktoś idzie na historię, to kończy jako nauczyciel historii i potem męczy dzieci Mieszkiem i Chrobrym, a on nam powiedział, że historyk jest jak detektyw. Zgadzam się z tym, ponieważ jak historyk zostanie nauczony tego, jak zmienić patrzenie na historię, jak inaczej wykorzystać te narzędzia, albo jak ich poszukać, to ta praca zaczyna się robić o wiele ciekawsza.

7 grudnia 2020

Strona projektu „Sopocianie”